Dziwnym trafem Raguna nagle i lękliwie wyrwała mi rękę, zanim jeszcze zaczęła na dobre przenikać mnie na wylot i prześwietlać somnambulicznym spojrzeniem. Czy przeraziło ją moje czternastoletnie wygłodniałe serce? Czy zaświtało jej, że Roswita, obojętne: dziewczyna czy staruszka, zwiastowała mi Roswitę? Szeptała po neapolitańsku, drżała, żegnała się tak często, jak gdyby strachy, które wyczytała we mnie, nie ustępowały, potem skryła się bez słowa za swoim wachlarzem.
Zmieszany domagałem się wytłumaczenia, prosiłem pana Bebrę, żeby coś powiedział. Lecz nawet Bebra, choć pochodził w prostej linii od księcia Eugeniusza, stracił panowanie nad sobą, bełkotał, aż wreszcie zrozumiałem:
- Pański geniusz, młody przyjacielu, boskość, ale i z całą pewnością diabelskość pańskiego geniuszu speszyły trochę moją drogą Roswitę, i sam muszę przyznać, że pańska wybuchająca nagle gwałtowność jest mi obca, jeśli nie zgoła niezrozumiała. Jednakże - Bebra przemógł się - niezależnie od właściwości swojego charakteru niech pan jedzie z nami, niech pan wstąpi do teatrzyku cudów Bebry. Przy pewnej dyscyplinie wewnętrznej i ograniczeniu powinien pan, nawet przy panujących obecnie stosunkach politycznych, znaleźć publiczność.
Pojąłem natychmiast. Bebra, który radził mi stać zawsze na trybunach, nigdy przed trybunami, sam dostał się między piechurów, nawet jeśli nadal występował w cyrku. Toteż wcale nie był rozczarowany, gdy z uprzejmym ubolewaniem odrzuciłem jego propozycję. A signora Roswita odetchnęła głośno za wachlarzem i znów ukazała mi swoje śródziemnomorskie oczy.
Rozmawialiśmy jeszcze godzinkę, ja kazałem kelnerowi przynieść pustą szklankę, wykroiłem śpiewem serce w szkle, pod spodem grawerując głosem wyśpiewałem biegnący naokoło napis w esy-floresy: „Oskar Roswicie”, ofiarowałem jej szklankę, sprawiłem jej przyjemność, a zanim wyszliśmy, Bebra zapłacił dając suty napiwek.
Odprowadzili mnie oboje aż do hali sportowej. Wskazałem pałeczką na gołą trybunę po przeciwnej stronie Łąk i - teraz sobie przypominam, było to wiosną dziewięćset trzydziestego ósmego - opowiedziałem mistrzowi Bebrze o swojej karierze bębnisty pod trybunami.
Bebra uśmiechnął się zakłopotany, Raguna zrobiła surową minę. A gdy signora zatrzymała się o parę kroków dalej, Bebra żegnając się szepnął mi na ucho: - Zawiodłem, drogi przyjacielu, jakże bym mógł nadal być pańskim nauczycielem. Och, ta brudna polityka!
Potem jak przed laty, gdy spotkałem go między wozami mieszkalnymi cyrku, pocałował mnie w czoło, pani Roswita podała mi dłoń jak z porcelany, a ja pochyliłem się szarmancko, jak na czternastolatka niemal zbyt wprawnie, nad palcami somnambuliczki.
- Zobaczymy się jeszcze, mój synu! - pomachał mi pan Bebra. - Nawet w najgorszych czasach tacy ludzie jak my nie mogą się zgubić.
- Niech pan wybaczy swoim ojcom! - upomniała mnie signora. - Niech pan przyzwyczaja się do własnego istnienia, żeby serce zaznało spokoju, a szatan przykrości!
Poczułem się, jak gdyby signora raz jeszcze, lecz znów daremnie, ochrzciła mnie. Odejdź, szatanie - ale szatan nie odchodził. Patrzyłem za obydwojgiem smutno i z pustką w sercu, pomachałem, gdy wsiedli do taksówki, zniknęli tam zupełnie; bo ford był zbudowany dla dorosłych, wyglądał jak pusty, jakby szukał pasażerów, kiedy popędził z moimi przyjaciółmi.
wtorek, 1 lipca 2008
Kelner, który przyniósł nam kawę, był bardzo wysoki. Gdy pani Roswita zamawiała u niego torcik, spoglądała na wyfrakowanego w górę jak na wieżę.
Bebra obserwował mnie. - Zdaje się, że naszemu pogromcy szkła nie wiedzie się najlepiej. W czym rzecz, przyjacielu? Szkło nie chce już ulegać czy głosu nie staje?
Byłem młody i porywczy, toteż Oskar chciał z miejsca dać próbkę swojej wciąż jeszcze żywotnej sztuki. Rozejrzałem się szukając, wybrałem już wielką szklaną taflę akwarium z ozdobnymi rybkami i podwodnymi roślinami, ale nim zaśpiewałem, odezwał się Bebra:
- Nie teraz, przyjacielu! I tak panu wierzymy. Bardzo proszę żadnych zniszczeń, powodzi, zabitych ryb!
Zawstydzony przeprosiłem przede wszystkim signorę Roswitę, która wyciągnęła miniaturowy wachlarz i wymachiwała nim gorączkowo.
- Moja mama umarła - starałem się wytłumaczyć. - Nie powinna była tego robić. Mam to jej za złe. Ludzie mówią zawsze: Matka wszystko zrozumie, wszystko wyczuje, matka wszystko wybaczy. Ale to sentencje na Dzień Matki! Ona widziała we mnie karła. Pozbyłaby się karła, gdyby tylko mogła. Nie mogła jednak pozbyć się mnie, bo dzieci, nawet karły, zapisane są w papierach i nie tak łatwo się ich pozbyć. Także dlatego, że byłem jej karłem, że gdyby pozbyła się mnie, sobie samej napytałaby biedy. Albo ja, albo karzeł, takie zadawała sobie pytania, a potem skończyła ze sobą, jadła już tylko rybę, i to wcale nie świeżą, odprawiła swoich amantów i teraz, kiedy leży w Brętowie, mówią wszyscy, amanci i klienci w sklepie: „Karzeł wpędził ją do grobu. To przez Oskarka nie chciała już dłużej żyć, on ją zabił!”
Przesadziłem potężnie, chciałem być może zrobić wrażenie na signorze Roswicie. Ostatecznie większość ludzi winą za śmierć mamy obarczała Matzeratha, a zwłaszcza Jana Brońskiego. Bebra przejrzał mnie.
- Przesadza pan, mój drogi. Z czystej zazdrości złorzeczy pan swojej zmarłej matce. Ponieważ przeniosła się na tamten świat nie z powodu pana, lecz z powodu uciążliwych amantów, czuje się pan skrzywdzony. Jest pan zły i próżny, jak prawdziwy geniusz! - Potem, westchnąwszy i popatrzywszy z boku na signorę Roswitę: - Niełatwo wytrwać w naszym wzroście. Pozostać człowiekiem nie rosnąc fizycznie, jakież to zadanie, jakież powołanie!
Roswita Raguna, neapolitańska somnambuliczka o równie gładkiej, co pomarszczonej skórze, ta kobieta, której dawałem osiemnaście wiosen, którą za moment podziwiałem jako osiemdziesięcio-może dziewięćdziesięcioletnią staruszkę, signora Raguna pogłaskała eleganckie, skrojone z angielska, szyte na miarę ubranie pana Bebry, potem zwróciła na mnie swoje czarne śródziemnomorskie oczy, miała ciemny, obiecujący owoce głos, który poruszył mnie do głębi.
- Carissimo, Oskarnello! Jakże rozumiem ten ból! Andiamo, niech pan jedzie z nami: Milano, Parigi, Ołedo, Guatemala!
Omal mi się w głowie nie zakręciło. Chwyciłem młodziutką wiekową dłoń Raguny. Morze Śródziemne uderzyło o mój brzeg, drzewa oliwne szeptały mi do ucha: „Roswita będzie pańską mamą. Roswita wszystko zrozumie. Ona, wielka somnambuliczka, która wszystkich na wylot przejrzy, wszystkich przeniknie, prócz samej siebie, mamma mia, prócz siebie samej, Dio!”
Bebra obserwował mnie. - Zdaje się, że naszemu pogromcy szkła nie wiedzie się najlepiej. W czym rzecz, przyjacielu? Szkło nie chce już ulegać czy głosu nie staje?
Byłem młody i porywczy, toteż Oskar chciał z miejsca dać próbkę swojej wciąż jeszcze żywotnej sztuki. Rozejrzałem się szukając, wybrałem już wielką szklaną taflę akwarium z ozdobnymi rybkami i podwodnymi roślinami, ale nim zaśpiewałem, odezwał się Bebra:
- Nie teraz, przyjacielu! I tak panu wierzymy. Bardzo proszę żadnych zniszczeń, powodzi, zabitych ryb!
Zawstydzony przeprosiłem przede wszystkim signorę Roswitę, która wyciągnęła miniaturowy wachlarz i wymachiwała nim gorączkowo.
- Moja mama umarła - starałem się wytłumaczyć. - Nie powinna była tego robić. Mam to jej za złe. Ludzie mówią zawsze: Matka wszystko zrozumie, wszystko wyczuje, matka wszystko wybaczy. Ale to sentencje na Dzień Matki! Ona widziała we mnie karła. Pozbyłaby się karła, gdyby tylko mogła. Nie mogła jednak pozbyć się mnie, bo dzieci, nawet karły, zapisane są w papierach i nie tak łatwo się ich pozbyć. Także dlatego, że byłem jej karłem, że gdyby pozbyła się mnie, sobie samej napytałaby biedy. Albo ja, albo karzeł, takie zadawała sobie pytania, a potem skończyła ze sobą, jadła już tylko rybę, i to wcale nie świeżą, odprawiła swoich amantów i teraz, kiedy leży w Brętowie, mówią wszyscy, amanci i klienci w sklepie: „Karzeł wpędził ją do grobu. To przez Oskarka nie chciała już dłużej żyć, on ją zabił!”
Przesadziłem potężnie, chciałem być może zrobić wrażenie na signorze Roswicie. Ostatecznie większość ludzi winą za śmierć mamy obarczała Matzeratha, a zwłaszcza Jana Brońskiego. Bebra przejrzał mnie.
- Przesadza pan, mój drogi. Z czystej zazdrości złorzeczy pan swojej zmarłej matce. Ponieważ przeniosła się na tamten świat nie z powodu pana, lecz z powodu uciążliwych amantów, czuje się pan skrzywdzony. Jest pan zły i próżny, jak prawdziwy geniusz! - Potem, westchnąwszy i popatrzywszy z boku na signorę Roswitę: - Niełatwo wytrwać w naszym wzroście. Pozostać człowiekiem nie rosnąc fizycznie, jakież to zadanie, jakież powołanie!
Roswita Raguna, neapolitańska somnambuliczka o równie gładkiej, co pomarszczonej skórze, ta kobieta, której dawałem osiemnaście wiosen, którą za moment podziwiałem jako osiemdziesięcio-może dziewięćdziesięcioletnią staruszkę, signora Raguna pogłaskała eleganckie, skrojone z angielska, szyte na miarę ubranie pana Bebry, potem zwróciła na mnie swoje czarne śródziemnomorskie oczy, miała ciemny, obiecujący owoce głos, który poruszył mnie do głębi.
- Carissimo, Oskarnello! Jakże rozumiem ten ból! Andiamo, niech pan jedzie z nami: Milano, Parigi, Ołedo, Guatemala!
Omal mi się w głowie nie zakręciło. Chwyciłem młodziutką wiekową dłoń Raguny. Morze Śródziemne uderzyło o mój brzeg, drzewa oliwne szeptały mi do ucha: „Roswita będzie pańską mamą. Roswita wszystko zrozumie. Ona, wielka somnambuliczka, która wszystkich na wylot przejrzy, wszystkich przeniknie, prócz samej siebie, mamma mia, prócz siebie samej, Dio!”
Mówią, że nic nie zdoła zastąpić matki. Już wkrótce po pogrzebie mojej biednej mamy miałem odczuć jej brak. Odpadły czwartkowe odwiedziny u Sigismunda Markusa, nikt więcej nie prowadził mnie do białego służbowego stroju siostry Ingi, szczególnie soboty uświadamiały mi śmierć mamy z bolesną wyrazistością: mama nie chodziła już do spowiedzi.
Oddaliło się więc ode mnie Stare Miasto, gabinet doktora Hollatza, kościół Serca Jezusowego. Straciłem zamiłowanie do wieców. Jakże miałem kusić przechodniów przed wystawami, jeśli nawet zajęcie kusiciela stało się dla Oskara jałowe i nudne? Nie było już mamy, która wzięłaby mnie do Teatru Miejskiego na baśń bożonarodzeniową, do cyrku Kronego czy Buscha. Samotny jak palec, a jednocześnie ponury, oddawałem się swoim studiom, wlokłem się prostymi ulicami przedmieścia na Kuźniczki, odwiedzałem Gretchen Scheffler, która opowiadała mi o wycieczkach KdF do kraju polarnego słońca, gdy ja tymczasem wytrwale porównywałem Goethego z Rasputinem, nigdy tych porównań nie mogłem doprowadzić do końca i umykałem przed lśniąco mroczną cyrkulacją najczęściej w studia historyczne. Walka o Rzym, Dzieje Gdańska pióra Keysera i kalendarze morskie Köhlera, moje stare podstawowe dzieła dały mi dyletancką wiedzę o świecie. Dzięki nim dziś jeszcze potrafię państwu podać dokładne dane o grubości pancerza, uzbrojeniu, wodowaniu, wykończeniu, liczebności załogi wszystkich okrętów, które brały udział w bitwie jutlandzkiej, zostały tam zatopione albo uszkodzone.
Miałem prawie czternaście lat, lubiłem samotność i dużo spacerowałem. Towarzyszył mi mój bębenek, lecz ja oszczędnie obchodziłem się z blachą, bo śmierć mamy postawiła pod znakiem zapytania terminowe dostawy blaszanych bębenków.
Czy było to jesienią dziewięćset trzydziestego siódmego czy wiosną trzydziestego ósmego? W każdym razie dreptałem Aleją Hindenburga w górę, w stronę miasta, znajdowałem się mniej więcej na wysokości kawiarni „Cztery Pory Roku”, opadały liście albo rozwijały się pąki, dość że w przyrodzie coś się działo; i wtedy spotkałem mojego przyjaciela i mistrza Bebrę, który pochodził w prostej linii od księcia Eugeniusza, a więc od Ludwika XIV.
Nie widzieliśmy się trzy lata, a jednak poznaliśmy się z dwudziestu kroków. Nie był sam, trzymała go pod rękę delikatna, może o dwa centymetry niższa od Bebry, o trzy palce wyższa ode mnie południowa piękność, którą przedstawił jako Roswitę Ragunę, sławną somnambuliczkę z Włoch.
Bebra zaprosił mnie na filiżanką kawy do „Czterech Pór Roku”. Usiedliśmy w akwarium i kumoszki przy kawie zaszeptały: - Spójrz na tych liliputów, Lisbeth, widziałaś ich? Występują u Kronego? Koniecznie musimy się wybrać.
Bebra uśmiechnął się do mnie i ukazał tysiąc drobnych, ledwie widocznych zmarszczek.
Oddaliło się więc ode mnie Stare Miasto, gabinet doktora Hollatza, kościół Serca Jezusowego. Straciłem zamiłowanie do wieców. Jakże miałem kusić przechodniów przed wystawami, jeśli nawet zajęcie kusiciela stało się dla Oskara jałowe i nudne? Nie było już mamy, która wzięłaby mnie do Teatru Miejskiego na baśń bożonarodzeniową, do cyrku Kronego czy Buscha. Samotny jak palec, a jednocześnie ponury, oddawałem się swoim studiom, wlokłem się prostymi ulicami przedmieścia na Kuźniczki, odwiedzałem Gretchen Scheffler, która opowiadała mi o wycieczkach KdF do kraju polarnego słońca, gdy ja tymczasem wytrwale porównywałem Goethego z Rasputinem, nigdy tych porównań nie mogłem doprowadzić do końca i umykałem przed lśniąco mroczną cyrkulacją najczęściej w studia historyczne. Walka o Rzym, Dzieje Gdańska pióra Keysera i kalendarze morskie Köhlera, moje stare podstawowe dzieła dały mi dyletancką wiedzę o świecie. Dzięki nim dziś jeszcze potrafię państwu podać dokładne dane o grubości pancerza, uzbrojeniu, wodowaniu, wykończeniu, liczebności załogi wszystkich okrętów, które brały udział w bitwie jutlandzkiej, zostały tam zatopione albo uszkodzone.
Miałem prawie czternaście lat, lubiłem samotność i dużo spacerowałem. Towarzyszył mi mój bębenek, lecz ja oszczędnie obchodziłem się z blachą, bo śmierć mamy postawiła pod znakiem zapytania terminowe dostawy blaszanych bębenków.
Czy było to jesienią dziewięćset trzydziestego siódmego czy wiosną trzydziestego ósmego? W każdym razie dreptałem Aleją Hindenburga w górę, w stronę miasta, znajdowałem się mniej więcej na wysokości kawiarni „Cztery Pory Roku”, opadały liście albo rozwijały się pąki, dość że w przyrodzie coś się działo; i wtedy spotkałem mojego przyjaciela i mistrza Bebrę, który pochodził w prostej linii od księcia Eugeniusza, a więc od Ludwika XIV.
Nie widzieliśmy się trzy lata, a jednak poznaliśmy się z dwudziestu kroków. Nie był sam, trzymała go pod rękę delikatna, może o dwa centymetry niższa od Bebry, o trzy palce wyższa ode mnie południowa piękność, którą przedstawił jako Roswitę Ragunę, sławną somnambuliczkę z Włoch.
Bebra zaprosił mnie na filiżanką kawy do „Czterech Pór Roku”. Usiedliśmy w akwarium i kumoszki przy kawie zaszeptały: - Spójrz na tych liliputów, Lisbeth, widziałaś ich? Występują u Kronego? Koniecznie musimy się wybrać.
Bebra uśmiechnął się do mnie i ukazał tysiąc drobnych, ledwie widocznych zmarszczek.
W małej kotlince leżała zagroda Brońskiego. Stały przed nią topole i miały chronić od piorunów. Zdjęto z zawiasów wrota stodoły, położono na kozłach, nakryto obrusami. Przyszli jeszcze ludzie z sąsiedztwa. Stypa musiała trwać odpowiednio długo. Biesiadowaliśmy na klepisku stodoły. Gretchen Scheffler trzymała mnie na kolanach.
Jedzenie było tłuste, potem słodkie, znów tłuste, wódka z ziemniaków, piwo, gęś i prosię, ciasto z kiełbasą, dynia w occie i cukrze, kasza gryczana ze śmietaną, pod wieczór trochę wiatru przez otwartą stodołę, myszy przemykały z szelestem, tak samo dzieci Brońskich, które z bachorami sąsiadów zawojowały podwórze.
Z lampami naftowymi pojawiły się na stole karty do skata. Wódka z ziemniaków pozostała. Był jeszcze ajerkoniak własnej roboty, co rozweselał. A Greff, który nie pił, śpiewał piosenki. Śpiewali także Kaszubi, a Matzerath jako pierwszy rozdał karty. Jan był drugim, majster z cegielni trzecim graczem. Dopiero teraz rzuciło mi się w oczy, że brakowało mojej biednej mamy. Grano do późnej nocy, lecz żadnemu z mężczyzn nie udało się zrobić czerwieni z ręki. Gdy Jan Broński w sposób zupełnie niepojęty przegrał czerwień z ręki bez czterech, usłyszałem, jak półgłosem powiedział do Matzeratha: - Agnieszka na pewno wygrałaby tę partię.
Wtedy zsunąłem się z kolan Gretchen Scheffler, znalazłem na dworze babkę i jej brata Wincentego. Siedzieli na dyszlu furmanki. Wincenty półgłosem przemawiał po polsku do gwiazd. Babka nie mogła już płakać, ale wpuściła mnie pod swoje spódnice.
Któż dzisiaj weźmie mnie pod spódnice? Któż mi przyciemni światło dnia i światło lampy? Któż mi da zapach owego rozpływającego się żółtawo, lekko zjełczałego masła, który moja babka składała, gromadziła i przechowywała dla mnie pod spódnicami, którym kiedyś mnie obdzielała, aby mi służyło, abym się w nim rozsmakował.
Zasnąłem pod czterema spódnicami, byłem bardzo blisko początków mojej biednej mamy i miałem podobny spokój, choć nie tak pozbawiony tchu, jak ona w swojej skrzyni zwężającej się u stóp.
Jedzenie było tłuste, potem słodkie, znów tłuste, wódka z ziemniaków, piwo, gęś i prosię, ciasto z kiełbasą, dynia w occie i cukrze, kasza gryczana ze śmietaną, pod wieczór trochę wiatru przez otwartą stodołę, myszy przemykały z szelestem, tak samo dzieci Brońskich, które z bachorami sąsiadów zawojowały podwórze.
Z lampami naftowymi pojawiły się na stole karty do skata. Wódka z ziemniaków pozostała. Był jeszcze ajerkoniak własnej roboty, co rozweselał. A Greff, który nie pił, śpiewał piosenki. Śpiewali także Kaszubi, a Matzerath jako pierwszy rozdał karty. Jan był drugim, majster z cegielni trzecim graczem. Dopiero teraz rzuciło mi się w oczy, że brakowało mojej biednej mamy. Grano do późnej nocy, lecz żadnemu z mężczyzn nie udało się zrobić czerwieni z ręki. Gdy Jan Broński w sposób zupełnie niepojęty przegrał czerwień z ręki bez czterech, usłyszałem, jak półgłosem powiedział do Matzeratha: - Agnieszka na pewno wygrałaby tę partię.
Wtedy zsunąłem się z kolan Gretchen Scheffler, znalazłem na dworze babkę i jej brata Wincentego. Siedzieli na dyszlu furmanki. Wincenty półgłosem przemawiał po polsku do gwiazd. Babka nie mogła już płakać, ale wpuściła mnie pod swoje spódnice.
Któż dzisiaj weźmie mnie pod spódnice? Któż mi przyciemni światło dnia i światło lampy? Któż mi da zapach owego rozpływającego się żółtawo, lekko zjełczałego masła, który moja babka składała, gromadziła i przechowywała dla mnie pod spódnicami, którym kiedyś mnie obdzielała, aby mi służyło, abym się w nim rozsmakował.
Zasnąłem pod czterema spódnicami, byłem bardzo blisko początków mojej biednej mamy i miałem podobny spokój, choć nie tak pozbawiony tchu, jak ona w swojej skrzyni zwężającej się u stóp.
Profesja Hysia polegała na tym, że po wszystkich pogrzebach - a wiedział o każdym pochówku - w błyszcząco czarnym, wiszącym jak worek garniturze i białych rękawiczkach oczekiwał żałobników. Obaj z Markusem zrozumieliśmy, że stał tutaj, przed kutą bramą brętowskiego cmentarza, niejako służbowo i z gorliwą w kondolencjach rękawiczką, wywróconymi wodnistymi oczyma i wiecznie zaślinionymi ustami czyhał na orszak pogrzebny.
Połowa maja: pogodny, słoneczny dzień. Zarośla i drzewa obsadzone przez ptaki. Gdaczące kury, które znosząc jajka symbolizowały nieśmiertelność. Brzęczenie w powietrzu. Świeżo nałożona zieleń bez pyłu. Leo Hyś w lewej ręce obciągniętej rękawiczką trzymał cylinder, ruszył lekko, tanecznie, bo naprawdę nawiedzony, z pięciu wyciągniętymi, pleśniejącymi palcami rękawiczki ku Markusowi i mnie, pochylił się potem przed nami jak na wietrze, choć nie było najlżejszego powiewu, przekrzywił głowę i zabełkotał, opluwając się śliną, gdy Markus, najpierw z ociąganiem, później zdecydowanie, wsunął swoją gołą dłoń w skierowaną ku sobie materię.
- Jaki piękny dzień. Ona jest już tam, gdzie wszystko jest takie sprawiedliwe. Widzieliście Pana? Habemus ad Dominum. Przeszedł i spieszył się bardzo. Amen.
Powiedzieliśmy „amen” i Markus przyznał, że dzień jest rzeczywiście piękny, stwierdził też, że widział Pana.
Za nami usłyszeliśmy z cmentarza zbliżające się odgłosy orszaku żałobnego. Markus wypuścił rękawiczkę Hysia z dłoni, znalazł jeszcze czas na napiwek, rzucił mi Markusowe spojrzenie i podszedł spiesznie, jak zaszczuty, do taksówki, która czekała na niego przed brętowską pocztą.
Patrzyłem jeszcze za chmurą kurzu, która okryła znikającego Markusa, a już matka Truczinska znowu trzymała mnie za rękę. Szli grupami i grupkami. Leo wszystkim składał kondolencje, zwracał żałobnikom uwagę na piękny dzień, pytał każdego, czy widzieli Pana i dostawał, jak zwykle, mniejsze i większe napiwki albo nie dostawał ich wcale. Matzerath i Jan Broński opłacili karawaniarzy, grabarza, zakrystiana i proboszcza Wiehnke, który wzdychając z zakłopotaniem pozwolił Hysiowi pocałować się w rękę i posyłał błogosławiące gesty za rozpraszającym się powoli orszakiem pogrzebnym.
My natomiast, moja babka, jej brat Wincenty, Brońscy z dziećmi, Greff bez żony i Gretchen Scheffler, wsiedliśmy w dwie jednokonne furmanki. Zawieziono nas koło Złotej Karczmy przez las, przez bliską polską granicę do Bysewa-Wybudowania na stypę.
Połowa maja: pogodny, słoneczny dzień. Zarośla i drzewa obsadzone przez ptaki. Gdaczące kury, które znosząc jajka symbolizowały nieśmiertelność. Brzęczenie w powietrzu. Świeżo nałożona zieleń bez pyłu. Leo Hyś w lewej ręce obciągniętej rękawiczką trzymał cylinder, ruszył lekko, tanecznie, bo naprawdę nawiedzony, z pięciu wyciągniętymi, pleśniejącymi palcami rękawiczki ku Markusowi i mnie, pochylił się potem przed nami jak na wietrze, choć nie było najlżejszego powiewu, przekrzywił głowę i zabełkotał, opluwając się śliną, gdy Markus, najpierw z ociąganiem, później zdecydowanie, wsunął swoją gołą dłoń w skierowaną ku sobie materię.
- Jaki piękny dzień. Ona jest już tam, gdzie wszystko jest takie sprawiedliwe. Widzieliście Pana? Habemus ad Dominum. Przeszedł i spieszył się bardzo. Amen.
Powiedzieliśmy „amen” i Markus przyznał, że dzień jest rzeczywiście piękny, stwierdził też, że widział Pana.
Za nami usłyszeliśmy z cmentarza zbliżające się odgłosy orszaku żałobnego. Markus wypuścił rękawiczkę Hysia z dłoni, znalazł jeszcze czas na napiwek, rzucił mi Markusowe spojrzenie i podszedł spiesznie, jak zaszczuty, do taksówki, która czekała na niego przed brętowską pocztą.
Patrzyłem jeszcze za chmurą kurzu, która okryła znikającego Markusa, a już matka Truczinska znowu trzymała mnie za rękę. Szli grupami i grupkami. Leo wszystkim składał kondolencje, zwracał żałobnikom uwagę na piękny dzień, pytał każdego, czy widzieli Pana i dostawał, jak zwykle, mniejsze i większe napiwki albo nie dostawał ich wcale. Matzerath i Jan Broński opłacili karawaniarzy, grabarza, zakrystiana i proboszcza Wiehnke, który wzdychając z zakłopotaniem pozwolił Hysiowi pocałować się w rękę i posyłał błogosławiące gesty za rozpraszającym się powoli orszakiem pogrzebnym.
My natomiast, moja babka, jej brat Wincenty, Brońscy z dziećmi, Greff bez żony i Gretchen Scheffler, wsiedliśmy w dwie jednokonne furmanki. Zawieziono nas koło Złotej Karczmy przez las, przez bliską polską granicę do Bysewa-Wybudowania na stypę.
Dopiero gdy było już po wszystkim i ludzie zaczęli składać kondolencje, spostrzegłem Sigismunda Markusa. Na czarno, zakłopotany, przyłączył się do tych wszystkich, którzy Matzerathowi, mnie, mojej babce i Brońskim chcieli uścisnąć rękę, coś wymamrotać. Z początku nie rozumiałem, czego Aleksander Scheffler żąda od Markusa. Mało się znali, jeśli w ogóle się znali. Wreszcie i muzyk Meyn podszedł do handlarza zabawek i coś mu tłumaczył. Stali za niewysokim żywopłotem z owej zielonej rośliny, która farbuje i ma gorzki smak, jeśli rozetrzeć ją w palcach. Pani Kater ze swoją szczerzącą zęby zza chusteczki, trochę za szybko wyrośniętą córką Susi składały właśnie kondolencje Matzerathowi, nie omieszkały też pogłaskać mnie po głowie. Za żywopłotem zrobiło się głośno, nadal jednak było niezrozumiale. Trębacz Meyn palcem wskazującym postukiwał Markusa w czarne ubranie, popychał go w ten sposób przed sobą, wziął Sigismunda z lewej pod rękę, a Scheffler z prawej. I obaj uważali, żeby Markus, który szedł tyłem, nie potknął się o obmurowanie grobów, wypchnęli go na główną aleję i pokazali Sigismundowi, gdzie jest cmentarna brama. On jakby podziękował za informację i ruszył w stronę wyjścia, włożył też cylinder i nie obejrzał się więcej, chociaż Meyn i piekarz patrzyli za nim.
Ani Matzerath, ani matka Truczinska nie zauważyli, że wymknąłem się im i kondolencjom. Zachowując się tak, jakby musiał poszukać ustronnego miejsca, Oskar ruszył w tył, minął grabarza i jego pomocnika, potem puścił się biegiem, nie zważając na bluszcz, i dopadł do wiązów jak i do Sigismunda Markusa jeszcze przed wyjściem.
- Oskarek! - zdziwił się Markus. - Ty mi powiedz, co oni z Markusem robią? Co on im zawinił, że tak z nim robią?
Nie wiedziałem, co Markus zawinił, wziąłem go za spoconą rękę, wyprowadziłem go przed otwartą kutą bramę cmentarza i obaj, stróż moich bębenków i ja, bębniarz, być może jego bębniarz, natknęliśmy się na Leo Hysia, który jak my wierzył w raj.
Markus znał Hysia, bo Leo był postacią ogólnie w mieście znaną. Ja słyszałem o Hysiu, wiedziałem, że kiedy był jeszcze w seminarium duchownym, któregoś pięknego dnia świat, sakramenty, wyznania, niebo i piekło, życie i śmierć pomieszały mu się tak kompletnie, iż od tej pory jego obraz świata błyszczał pomylonym wprawdzie, ale mimo to pełnym blaskiem.
Ani Matzerath, ani matka Truczinska nie zauważyli, że wymknąłem się im i kondolencjom. Zachowując się tak, jakby musiał poszukać ustronnego miejsca, Oskar ruszył w tył, minął grabarza i jego pomocnika, potem puścił się biegiem, nie zważając na bluszcz, i dopadł do wiązów jak i do Sigismunda Markusa jeszcze przed wyjściem.
- Oskarek! - zdziwił się Markus. - Ty mi powiedz, co oni z Markusem robią? Co on im zawinił, że tak z nim robią?
Nie wiedziałem, co Markus zawinił, wziąłem go za spoconą rękę, wyprowadziłem go przed otwartą kutą bramę cmentarza i obaj, stróż moich bębenków i ja, bębniarz, być może jego bębniarz, natknęliśmy się na Leo Hysia, który jak my wierzył w raj.
Markus znał Hysia, bo Leo był postacią ogólnie w mieście znaną. Ja słyszałem o Hysiu, wiedziałem, że kiedy był jeszcze w seminarium duchownym, któregoś pięknego dnia świat, sakramenty, wyznania, niebo i piekło, życie i śmierć pomieszały mu się tak kompletnie, iż od tej pory jego obraz świata błyszczał pomylonym wprawdzie, ale mimo to pełnym blaskiem.
Matzerath szedł tuż za trumną. Miał w ręku cylinder i stąpając powolnymi krokami starał się mimo wielkiego bólu wyprostowywać kolana. Ilekroć patrzyłem na jego kark, było mi go żal: wystający tył głowy i dwa wałki między kołnierzem a nasadą włosów.
Czemu wzięła mnie za rękę matka Truczinska, nie zaś Gretchen Scheffler albo Jadwiga Brońska? Mieszkała na drugim piętrze naszej kamienicy, nie miała chyba imienia, wszyscy mówili na nią: matka Truczinska.
Przed trumną proboszcz Wiehnke z ministrantem i kadzidłem, łój wzrok ześliznął się z karku Matzeratha na pomarszczone wzdłuż I wszerz karki karawaniarzy. Trzeba było zwalczyć niepohamowane pragnienie: Oskar chciał dostać się na trumnę. Chciał siedzieć na górze i bębnić. Chciał dobrać się pałeczkami nie do blachy, lecz do wieka trumny. Podczas gdy oni nieśli ją kołysząc, on chciał jechać na niej na koniu. Podczas gdy ci z tyłu powtarzali za proboszczem modlitwy, Oskar chciał wybijać im takt bębnieniem. Podczas gdy oni na deskach i linach składali ją do dołu, Oskar chciał utrzymać równowagę na drewnie. Podczas mowy pogrzebowej, dzwonienia, kadzenia i pokropienia święconą wodą chciał wystukać swoją wiedzę na drewnie i wytrwać, gdy oni spuszczą go ze skrzynią do grobu. Chciał iść do grobu razem z mamą i embrionem. Chciał zostać na dole, gdy rodzina zmarłej rzuci garść ziemi, nie wychodzić na powierzchnię, chciał siedzieć na zwężonym podnóżu, bębnić, o ile to możliwe, bębnić pod ziemią, aż spróchnieją mu pałeczki w dłoniach i drewno pod pałeczkami, aż mama jemu, on mamie, aż jedno spróchnieje drugiemu, odda ciało ziemi i jej mieszkańcom; nawet bębniąc łokciami Oskar chętnie udzieliłby wskazówek delikatnym chrząstkom embriona, gdyby tylko było to możliwe i dozwolone.
Nikt nie siedział na trumnie. Samotnie kołysała się wśród wiązów i płaczących wierzb brętowskiego cmentarza. Pstrokate kury zakrystiana między grobami dziobały w poszukiwaniu robaków, nie siejąc, a jednak zbierając. Potem między brzozy. Ja za Matzerathem trzymając za rękę matkę Truczinską, zaraz za mną babka - prowadzili ją Greff i Jan - Wincenty Broński pod rękę z Jadwiga, mała Marga i Stefan z dłonią w dłoni przed Schefflerami. Zegarmistrz Laubschad, stary pan Weilandt, trębacz Meyn, ale bez swojej blachy i dość trzeźwy.
Czemu wzięła mnie za rękę matka Truczinska, nie zaś Gretchen Scheffler albo Jadwiga Brońska? Mieszkała na drugim piętrze naszej kamienicy, nie miała chyba imienia, wszyscy mówili na nią: matka Truczinska.
Przed trumną proboszcz Wiehnke z ministrantem i kadzidłem, łój wzrok ześliznął się z karku Matzeratha na pomarszczone wzdłuż I wszerz karki karawaniarzy. Trzeba było zwalczyć niepohamowane pragnienie: Oskar chciał dostać się na trumnę. Chciał siedzieć na górze i bębnić. Chciał dobrać się pałeczkami nie do blachy, lecz do wieka trumny. Podczas gdy oni nieśli ją kołysząc, on chciał jechać na niej na koniu. Podczas gdy ci z tyłu powtarzali za proboszczem modlitwy, Oskar chciał wybijać im takt bębnieniem. Podczas gdy oni na deskach i linach składali ją do dołu, Oskar chciał utrzymać równowagę na drewnie. Podczas mowy pogrzebowej, dzwonienia, kadzenia i pokropienia święconą wodą chciał wystukać swoją wiedzę na drewnie i wytrwać, gdy oni spuszczą go ze skrzynią do grobu. Chciał iść do grobu razem z mamą i embrionem. Chciał zostać na dole, gdy rodzina zmarłej rzuci garść ziemi, nie wychodzić na powierzchnię, chciał siedzieć na zwężonym podnóżu, bębnić, o ile to możliwe, bębnić pod ziemią, aż spróchnieją mu pałeczki w dłoniach i drewno pod pałeczkami, aż mama jemu, on mamie, aż jedno spróchnieje drugiemu, odda ciało ziemi i jej mieszkańcom; nawet bębniąc łokciami Oskar chętnie udzieliłby wskazówek delikatnym chrząstkom embriona, gdyby tylko było to możliwe i dozwolone.
Nikt nie siedział na trumnie. Samotnie kołysała się wśród wiązów i płaczących wierzb brętowskiego cmentarza. Pstrokate kury zakrystiana między grobami dziobały w poszukiwaniu robaków, nie siejąc, a jednak zbierając. Potem między brzozy. Ja za Matzerathem trzymając za rękę matkę Truczinską, zaraz za mną babka - prowadzili ją Greff i Jan - Wincenty Broński pod rękę z Jadwiga, mała Marga i Stefan z dłonią w dłoni przed Schefflerami. Zegarmistrz Laubschad, stary pan Weilandt, trębacz Meyn, ale bez swojej blachy i dość trzeźwy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)