środa, 18 czerwca 2008

Pocałunek Bebry miał jeszcze dla mnie wiele znaczyć. Wypadki polityczne najbliższych lat przyznały mu rację: zaczął się czas po­chodów z pochodniami i przemarszów przed trybunami.
Podobnie jak ja byłem posłuszny radom pana Bebry, tak mama usłuchała napomnień, których udzielił jej Sigismund Markus w pa­sażu Zbrojowni i które z okazji czwartkowych odwiedzin stale po­wtarzał. Choć nie pojechała z Markusem do Londynu - ja nie sprze­ciwiłbym się za bardzo takiej przeprowadzce - pozostała jednak z Matzerathem i widywała się z Janem Brońskim stosunkowo rzad­ko, to znaczy przy Stolarskiej na koszt Jana i przy rodzinnym skacie, który Jana kosztował coraz drożej, bo stale przegrywał. A Matzerath, na którego mama postawiła, na którym, idąc za radą Markusa, pozostawiła swoją stawkę nie podwajając jej, w dziewięćset trzy­dziestym czwartym, a więc stosunkowo wcześnie rozpoznając siły nowego ładu, wstąpił do partii, doszedł jednak tylko do stanowiska zellenleitera. Z okazji tej nominacji, która jak wszystkie niezwyczaj­ne wydarzenia stała się pretekstem do rodzinnego skata, Matzerath po raz pierwszy swoim przyganom, których zawsze udzielał Janowi Brońskiemu za pracę na Polskiej Poczcie, nadał nieco ostrzejszy, ale i bardziej zatroskany ton.
Poza tym niewiele się zmieniło. Z gwoździa nad fortepianem zdję­to portret ponurego Beethovena, prezent od Greffa, i na tym samym gwoździu zawieszono równie ponuro spoglądającego Hitlera. Matzerath, który nie przepadał za muzyką poważną, chciał na dobre prze­świecić niemal głuchego muzyka. Mama jednak, która bardzo lubiła powolne frazy Beethovenowskich sonat, wyćwiczyła je dwa albo trzy razy wolniej, niż należy, na naszym fortepianie i co pewien czas po­zwalała im spływać z klawiszy, nalegała, żeby Beethoven pozostał, jeśli nie nad kozetką, to nad kredensem. W ten sposób doszło do owej najbardziej ponurej konfrontacji: Hitler i geniusz wisieli na­przeciw siebie, przyglądali się sobie, przejrzeli się na wylot, a jednak nie mogli być z siebie nawzajem zadowoleni.
Nieraz dziś jeszcze żałuję, że odmówiłem. Wykręciłem się i po­wiedziałem: - Widzi pan, panie Bebra, wolę zaliczać się do widzów, wolę, żeby mój skromny kunszt rozkwitał w ukryciu, z dala od poklasku, jestem jednak ostatnim człowiekiem, który pańskim popisom odmówiłby braw.
Pan Bebra uniósł pomarszczony palec wskazujący i upomniał mnie: - Drogi Oskarze, proszę uwierzyć doświadczonemu koledze. Tacy jak my nigdy nie powinni zaliczać się do widzów. Tacy jak my muszą znaleźć się na scenie, na arenie. Tacy jak my muszą nadawać ton grze i kierować akcją, bo inaczej staną się zabawką w rękach tamtych. A oni bardzo lubią źle się z nami bawić! - Niemal wpełzając mi w ucho szepnął i popatrzył jak człowiek bardzo stary: - Oni przyjdą! Czy zajmą stadiony? Będą urządzali pochody z pochodniami! Wybudują trybuny, zapełnią trybuny i z trybun będą głosić naszą zagładę, niech pan dobrze się przyjrzy, młody przyjacielu, co będzie się działo na trybunach! Niech pan stara się zawsze siedzieć na try­bunie i nigdy nie stać przed trybuną!
Potem, gdy mnie zawołano, pan Bebra chwycił swoje wiadro. - Szukają pana, drogi przyjacielu. Zobaczymy się jeszcze. Jesteśmy za mali, żeby się zgubić. Poza tym Bebra ciągle powtarza: tacy mali ludzie jak my zawsze znajdą sobie jakieś miejsce nawet na najbar­dziej zatłoczonych trybunach. A jeśli nie na trybunie, to pod trybuną, ale nigdy przed. Tak mówi Bebra, który pochodzi w prostej linii od księcia Eugeniusza.
Mama, która nawołując Oskara wyszła zza wozu mieszkalnego, zobaczyła jeszcze, jak pan Bebra pocałował mnie w czoło, potem złapał wiadro z wodą i wiosłując rękami pożeglował ku jednemu z wozów.
- Wyobraźcie sobie - mówiła później pełna oburzenia mama do Matzeratha i Brońskich - był u liliputów, i jakiś karzeł pocałował go w czoło. Miejmy nadzieję, że to nic nie znaczy!
Co się wydarzyło, opowiem w paru słowach: Ciepły letni wie­czór, Opera Leśna pełna i całkiem cudzoziemska. Jeszcze zanim się zaczęło, pokazały się komary. Ale dopiero gdy ostatni komar, który zawsze zjawia się trochę za późno, bo uważa, że tak jest elegancko, brzęcząc krwiożerczo oznajmił swoje przybycie, wtedy naprawdę i równocześnie się zaczęło. Wystawiali Latającego Holendra. Jakiś statek, raczej kłusowniczy niż korsarski, wysunął się z owego lasu, który nadał nazwę Operze Leśnej. Marynarze śpiewali zwracając się do drzew, ja spałem na miękkim Tuschelowym fotelu, a gdy się obu­dziłem, marynarze śpiewali nadal, a może znowu: „Sternik wachtę trzyma...” ale Oskar ponownie zasnął, cieszył się w tym śnie, że jego marna tak mocno przeżywa Holendra, prześlizguje się jakby po fa­lach i po wagnerowski! oddycha. Nie zauważyła, że Matzerath i jej Jan zasłaniając twarz rękami chrapali, aż się drzewa trzęsły, że i ja raz po raz wymykałem się Wagnerowi z rąk, a gdy Oskar obudził się wreszcie na dobre, w lesie stała samotnie krzycząca kobieta. Była żółto włosa i krzyczała, bo jakiś oświetlacz, prawdopodobnie młod­szy Formella, oślepiał ją i dokuczał reflektorem. „Nie! - krzyczała. - Biada mi! - i - Któż mi to uczynił?” - Ale Formella, który jej to uczynił, nie zgasił reflektora i krzyk samotnej kobiety, którą mama nazwała później solistką, przechodził co jakiś czas w pieniące się srebrzyste kwilenie; owo kwilenie, choć liście drzew w lesie sopoc­kim więdły od niego przedwcześnie, nie dosięgło i nie unieszkodli­wiło reflektora Formelli. Jej głos, aczkolwiek silny, zawiódł. Oskar musiał wkroczyć, odnaleźć natrętne źródło światła i jednym daleko­siężnym krzykiem, prześcigając jeszcze cichą natarczywość koma­rów, uśmiercić ów reflektor.
Nie miałem zamiaru spowodować zwarcia, ciemności, snopu iskier i pożaru lasu, który choć stłumiony szybko, wywołał panikę, zgubi­łem przecież w ciżbie nie tylko mamę i obu brutalnie przebudzonych panów; w zamieszaniu przepadł też mój bębenek.
Mamie, która po wieczorze w Operze Leśnej wprowadziła Wa­gnera, nieco stonowanego, do swojego fortepianowego repertuaru, to moje trzecie spotkanie z teatrem podsunęło myśl, żeby wiosną dziewięćset trzydziestego czwartego zaznajomić mnie z atmosferą cyrku.
Oskar nie chce tutaj rozwodzić się o srebrzystych paniach na tra­pezie, o tygrysach cyrku Buscha, o zmyślnych fokach. Nikt nie spadł spod kopuły cyrku. Pogromcom niczego nie odgryziono. Również foki robiły to, czego się wyuczyły: żonglowały piłkami, a w nagrodę rzucano im żywe śledzie. Cyrkowi zawdzięczam wesołe dziecinne przedstawienia i tę tak dla mnie ważną znajomość z Bebrą, klownem muzycznym, który grał na butelkach melodię Jimmy the Tiger i kie­rował grupą liliputów.
Spotkaliśmy się w menażerii. Mama i jej dwaj panowie pozwalali się znieważać przed klatką małp. Jadwiga Brońska, która wyjątkowo wybrała się razem z nami, pokazywała dzieciom kucyki. Skoro lew rozdziawił na mnie paszczę, lekkomyślnie zadałem się z sową. Pró­bowałem przetrzymać ptaka wzrokiem, ale to on mnie przetrzymał: i Oskar, dotknięty, z rozpalonymi uszami, do głębi urażony, wymknął się stamtąd, zaszył między niebiesko-białe wozy mieszkalne, bo tam Prócz kilku uwiązanych karłowatych kóz nie było innych zwierząt.
On przechodził koło mnie w szelkach i bamboszach, z wiadrem wody w ręku. Tylko przelotnie skrzyżowały się spojrzenia. A jednak rozpoznaliśmy się natychmiast. Odstawił wiadro, przechylił wielką głowę, podszedł do mnie i oszacowałem, że jest o jakieś dziewięć centymetrów wyższy ode mnie.
- Patrzcie, patrzcie! - zaskrzeczał zazdrośnie. - W dzisiejszych czasach trzylatki nie chcą więcej rosnąć. - Ponieważ nie odpowie­działem, jeszcze raz natarł na mnie: - Nazywam się Bebra, pochodzę w prostej linii od księcia Eugeniusza, którego ojcem był Ludwik XIV, a nie, jak mówią, jakiś tam Sabaudczyk. - Gdy nadal milczałem, podjął następny atak: - Przestałem rosnąć w dziesiątym roku życia. Trochę późno, ale zawsze coś!
Ponieważ mówił tak otwarcie, przedstawiłem się i ja, nie wymy­śliłem jednak żadnego drzewa genealogicznego, nazwałem się po prostu Oskarem.
- Proszę mi powiedzieć, drogi Oskarze, ma pan teraz chyba czter­naście, piętnaście, może nawet szesnaście lat. Niemożliwe, co pan mówi, dopiero dziewięć i pół?
Teraz ja miałem ocenić jego wiek i umyślnie wytypowałem za nisko.
- Pan jest pochlebcą, młody przyjacielu. Trzydzieści pięć lat to dawne czasy. W sierpniu kończę pięćdziesiąt trzy, mógłbym być pań­skim dziadkiem!
Oskar powiedział parę miłych słów o akrobatycznych wyczynach klowna, nazwał go niesłychanie muzykalnym i ulegając ambicjonal­nej pokusie, zademonstrował swoją sztuczkę. Trzy żarówki z oświe­tlenia placu cyrkowego padły ofiarą, a pan Bebra zawołał: bravo, bravissimo, i chciał Oskara z miejsca zaangażować.
Droga do Sopotu wiodła przez Oliwę. Przedpołudnie w Parku Opackim. Złote rybki, łabędzie, mama i Jan Broński w słynnej grocie szeptów. Potem znów złote rybki i łabędzie, które współpracowały ręka w rękę z fotografem. Matzerath, ustawiając się do zdjęcia, wziął mnie na barana. Oparłem mu bębenek na czubku głowy, co powszech­nie, także później, gdy scenka była już wklejona do albumu, budziło śmiech. Pożegnanie ze złotymi rybkami, łabędziami, grotą szeptów. Nie tylko w Parku Opackim była niedziela, także poza żelaznymi kratami ogrodzenia, w tramwaju do Jelitkowa i w jelitkowskim Domu Zdrojowym, gdzie zjedliśmy obiad, podczas gdy Bałtyk niezmordo­wanie, jakby nic innego nie miał do roboty, zapraszał do kąpieli, wszędzie była niedziela. Gdy nadbrzeżna promenada poprowadziła nas do Sopotu, niedziela wyszła nam naprzeciw i Matzerath musiał za wszystkich zapłacić taksę klimatyczną.

Kąpaliśmy się w łazienkach południowych, bo tam rzekomo było mniej tłoczno niż w łazienkach północnych. Panowie przebrali się w szatni męskiej, mnie mama zaprowadziła do kabiny w szatni dam­skiej, zażądała, bym na plaży wystąpił nago, a tymczasem sama, mając już wtedy bujne kształty, wtłoczyła swoje ciało w słomianożółty ko­stium. Żeby nie ukazywać się tysiącookiej plaży zbyt goło, zakrywa­łem przyrodzenie bębenkiem, a później wyciągnąłem się na brzuchu w morskim piasku, nie chciałem wejść w zachęcające wody Bałtyku, wolałem chować swoje skarby w piasku i uprawiać strusią politykę. Matzerath, a także Jan Broński z zarysowującymi się brzuszkami wyglądali tak śmiesznie i niemal żałośnie mizernie, że byłem rad, kiedy późnym popołudniem wszyscy ruszyli do szatni, gdzie każdy namaścił swoją opaleniznę i natarty niveą znów włożył niedzielne ubranie.

Kawa i ciastka w „Gwieździe Morskiej”. Mama chciała zjeść trzeci kawałek pięciopiętrowego tortu. Matzerath sprzeciwił się, Jan był jednocześnie za i przeciw, mama zamówiła, dała Matzerathowi ką­sek, nakarmiła Jana, zadowoliła obu swoich mężczyzn, zanim łyżecz­ka po łyżeczce napełniła żołądek przesłodzonym klinem.

O święty kremie maślany, o mączką cukrową posypane, najpierw pogodne, potem pochmurne niedzielne popołudnie! Polscy arysto­kraci siedzieli w niebieskich słonecznych okularach nad intensywnie kolorową lemoniadą, której nie ruszali. Panie bawiły się fioletowymi paznokciami, a zapach naftaliny z ich futrzanych etoli, które każdo­razowo wypożyczały na sezon, dolatywał do nas z morskim wiatrem. Matzerath uznał to za błazeństwo. Mama też miałaby ochotę wypo­życzyć, choćby na jedno popołudnie, taką etolę. Jan twierdził, że znudzenie polskiej arystokracji osiągnęło obecnie taki stan, iż mimo rosnących długów nie mówi się po francusku, lecz z czystego snobi­zmu najpospolitszą polszczyzną.

Nie można wysiadywać w „Gwieździe Morskiej” i wpatrywać się bez końca w niebieskie słoneczne okulary i fioletowe paznokcie polskiej arystokracji. Moja napełniona tortem mama domagała się ruchu. Przyjął nas park zdrojowy, musiałem jeździć na osiołku i jesz­cze raz pozować do zdjęcia. Złote rybki, łabędzie - czego ta natura nie wymyśli - i znów złote rybki i łabędzie, podnoszące wartość słod­kiej wody.

Wśród fryzowanych cisów, które jednak wbrew temu, co się za­wsze mówi, wcale nie szeptały, spotkaliśmy braci Formellów, oświe­tlaczy kasyna Formellów, oświetlaczy Opery Leśnej Formellów. Młodszy Formella musiał zwykle pozbyć się najpierw wszystkich kawałów, jakie w zawodzie oświetlacza wpadły mu w ucho. Starszy Formella znał te kawały, ale z braterskiej miłości śmiał się zaraźliwie w odpowiednich miejscach i ukazywał przy tym o jeden złoty ząb więcej niż jego młodszy brat, który miał ich tylko trzy. Poszliśmy do Springera na kieliszek jałowcówki. Mama wolała elektorską. Potem, nadal sypiąc kawałami ze swojego zapasu, hojny młodszy Formella zaprosił nas na kolację do „Papugi”. Tam spotkaliśmy Tuschela, a do Tuschela należało pół Sopotu, ponadto kawał Opery Leśnej i pięć kin. Był on szefem braci Formellów i ucieszył się z poznania nas, tak jak my ucieszyliśmy się z poznania jego. Tuschel niezmordowanie obracał pierścieniem na palcu, który nie mógł jednak być magicz­nym czy czarodziejskim pierścieniem, bo nic zupełnie się nie stało prócz tego, że teraz Tuschel zaczął opowiadać kawały, i to te same, które przedtem słyszeliśmy od Formellów, tylko z mniejszym efek­tem, gdyż nie dysponował tylu złotymi zębami. Jednakże śmiał się cały stolik, bo Tuschel opowiadał kawały. Tylko ja zachowywałem powagę i próbowałem nieporuszoną twarzą zabijać pointy. Ach, jak­że salwy śmiechu, jeśli nawet nieprawdziwie, to przecież podobnie do wypukłych szybek w oszklonym froncie naszej knajpki, promie­niowały przytulnością. Tuschel okazywał wdzięczność, opowiadał jeden kawał po drugim, zamówił goldwasser, nagle, pławiąc się w śmiechu i goldwasserze, szczęśliwie przekręcił pierścień inaczej i rzeczywiście coś się stało. Tuschel zaprosił nas wszystkich do Ope­ry Leśnej, bo przecież kawał Opery Leśnej należał do niego, sam niestety nie mógł pójść, był umówiony i tak dalej, ale my zechcemy może zadowolić się jego miejscami, fotelami w loży, dzieciaczek będzie mógł się przespać, jeśli się zmęczył; i srebrnym automatycz­nym ołówkiem wypisał Tuschelowe słowo na Tuschelowej wizytów­ce, to otworzy przed wami wszystkie drzwi, powiedział - i tak też było.

wtorek, 17 czerwca 2008

Rozśpiewując okna foyer naszego Teatru Miejskiego, szukałem - i po raz pierwszy go znalazłem - kontaktu ze sztuką sceniczną. Mama, mimo że bardzo zaabsorbowana przez handlarza zabawek Markusa, musiała owego popołudnia zauważyć mój żywy stosunek do teatru, bo gdy nadszedł okres Bożego Narodzenia, kupiła cztery bilety, dla siebie, dla Stefana i Margi Brońskiej, także dla Oskara, i w ostatnią niedzielę adwentu zabrała nas na baśń bożonarodzenio­wą. Siedzieliśmy na drugim balkonie, z boku, w pierwszym rzędzie. Pyszałkowaty żyrandol zawieszony nad parterem pokazywał, co po­trafi. Byłem więc rad, że nie roztrzaskałem go śpiewem z Wieży Wię­ziennej.

Już wtedy było o wiele za dużo dzieci. Na balkonach więcej było dzieci niż matek, podczas gdy na parterze, gdzie siedzieli ludzie ma­jętni i w płodzeniu ostrożniejsi, stosunek dzieci do matek utrzymy­wał się mniej więcej w równowadze. Że też dzieci nie mogą usie­dzieć spokojnie! Marga Brońska, siedząca między mną a dość grzecznym Stefanem, zsunęła się ze składanego krzesła, chciała wdra­pać się z powrotem, uznała z miejsca, że przyjemniej będzie pogimnastykować się przy balustradzie balkonu, wgniotła się w składany mechanizm, jednak w porównaniu z innymi krzykaczami dokoła nas krzyczała jeszcze umiarkowanie i krótko, bo mama zatkała jej głupią dziecinną mordkę cukierkami. Cmoktając karmelki i przedwcześnie zmęczona zsuwaniem się z krzesła, siostrzyczka Stefana zasnęła wkrótce po rozpoczęciu przedstawienia, dopiero po skończonym akcie trzeba ją było zbudzić na oklaski, których zresztą nie żałowała.

Wystawiali baśń o Tomciu Paluchu, co zafascynowało mnie od pierwszej sceny i ze zrozumiałych względów przejmowało do żywe­go. Rzecz zrobili zręcznie, Tomcia Palucha wcale nie pokazali, sły­chać było tylko jego głos, a osoby dorosłe uganiały się za niewidzial­nym, ale bardzo ruchliwym tytułowym bohaterem sztuki. Tutaj siedział w uchu konia, tam pozwolił ojcu sprzedać się za ciężkie pie­niądze dwom hultajom, ówdzie przechadzał się po rondzie kapelu­sza, przemawiał z góry do tych na dole, wczołgał się później do my­siej dziury, potem do muszli ślimaka, był w zmowie ze złodziejami, znalazł się w sianie, a z sianem w żołądku krowy. Krowę jednak za­bito, bo przemawiała głosem Tomcia Palucha. Natomiast żołądek krowy z uwięzionym chłopczykiem trafił na śmietnik i został po­łknięty przez wilka. Tomcio Paluch jednak mądrymi słowami skierował wilka do domu rodziców, do spiżarni, i tam wszczął alarm akurat w chwili, gdy wilk miał zacząć rabować. Koniec był taki, jak to w baśniach: ojciec zabił złego wilka, matka otworzyła nożyczkami brzuch i żołądek obżartucha, stamtąd wyszedł Tomcio Paluch, to zna­czy, słychać było tylko jego wołanie: „Och, tato, byłem w mysiej dziurze, w brzuchu krowy i w kałdunie wilka: teraz zostanę z wami”.

Wzruszyło mnie to zakończenie, a kiedy spojrzałem na mamę, zauważyłem, że ukryła nos w chusteczce, bo tak jak ja przeżywała akcję na scenie niby najbardziej własną historię. Mama lubiła się wzruszać, przez następne tygodnie, zwłaszcza póki trwały święta Bożego Narodzenia, przytulała mnie stale do siebie, całowała i nazy­wała Oskara to żartobliwie, to smętnie: „Tomcio Paluch”. Albo: „Mój mały Tomcio Paluch”. Albo: „Mój biedny, biedny Tomcio Paluch”.

Dopiero latem w dziewięćset trzydziestym trzecim miałem po­nownie otrzymać zaproszenie do teatru. Wskutek nieporozumienia zawinionego przeze mnie sprawa zakończyła się pechowo, ale jej wpływ odczułem dopiero później. Jeszcze dziś tamta scena kołysze się i rozbrzmiewa we mnie, bo wydarzyła się w sopockiej Operze Leśnej, gdzie pod gołym niebem każdego lata powierzano naturze muzykę Wagnera.

W gruncie rzeczy tylko mama lubiła operę. Matzerath nie prze­padał nawet za operetką. Jan naśladował mamę, zachwycał się aria­mi, choć na pozór muzykalny, był głuchy jak pień na piękne dźwięki. Ale za to znał braci Formellów, dawnych kolegów z gimnazjum w Kartuzach, którzy mieszkali w Sopocie, zawiadywali oświetleniem mola, fontanny przed Domem Zdrojowym i kasynem, a równocze­śnie pracowali jako oświetlacze przy festiwalach w Operze Leśnej.

Jakby nazwisko wuja było hasłem, Markus podniósł się zaraz z klęczek, zgiął się w ukłonie i wybąkał: - Pani wybaczy Markusowi, sam tak sobie myślałem, że to z jego powodu nie będzie możliwe.

Kiedyśmy wyszli ze sklepu w pasażu Zbrojowni, sklepikarz, choć były to jeszcze godziny handlu, przekręcił klucz w drzwiach i odpro­wadził nas na przystanek piątki. Przed fasadą Teatru Miejskiego na­dal stali przechodnie i paru policjantów. Nie bałem się jednak i nie pamiętałem prawie o sukcesach odniesionych nad szkłem. Markus pochylił się ku mnie, szepnął bardziej do siebie niż do nas: - Czego to Oskar nie potrafi. Na bębenku gra i skandale przed teatrem urzą­dza.

Zaniepokojenie mamy na widok odłamków szkła uśmierzył mach­nięciem ręki, a gdy podjechał tramwaj i wsiedliśmy do wozu doczepnego, jeszcze raz poprosił cicho, obawiając się ewentualnych podsłuchiwaczy: — No to niech pani już zostanie z tym swoim Matzerathem i więcej nie stawia na Polaków.

Kiedy dzisiaj, leżąc lub siedząc na metalowym łóżku, w każdej jednak pozycji bębniąc, Oskar odszukuje pasaż Zbrojowni, gryzmoły na ścianach Więziennej Wieży, samą Wieżę Więzienną i jej naoli­wione narzędzia tortur, trzy okna foyer Teatru Miejskiego za kolum­nami, znowu pasaż Zbrojowni i sklep Sigismunda Markusa, aby odtworzyć szczegóły pewnego wrześniowego dnia, musi jednocze­śnie szukać ziemi Polaków. Jak jej szuka? Szuka swoimi pałeczka­mi. Czy szuka ziemi Polaków również swoją duszą? Szuka wszyst­kimi organami, ale dusza nie jest organem.

I szukałem ziemi Polaków, która zginęła, która jeszcze nie zginę­ła. Inni mówią: omal nie zginęła, już zginęła, znowu zginęła. W tym kraju szuka się ostatnio ziemi Polaków za pomocą kredytów, Leiki, kompasu, radaru, różdżek i delegatów, humanizmu, przywódców opozycji i ziomkostw przechowujących w naftalinie ludowe stroje. Podczas gdy w tym kraju szuka się ziemi Polaków duszą - na pół z Chopinem, na pół z zemstą w sercu - podczas gdy oni tutaj potępia­ją cztery rozbiory i planują już piąty rozbiór Polski, latają do Warszawy Air France’em i z ubolewaniem składają wianuszek w tym miej­scu, gdzie kiedyś było getto, podczas gdy stąd będzie się szukać zie­mi Polaków rakietami, ja szukam Polski na moim bębenku i bębnię; zginęła, jeszcze nie zginęła, znów zginęła, przez kogo zginęła, omal nie zginęła, już zginęła, Polska zginęła, wszystko zginęło, jeszcze Polska nie zginęła.


Mój wzrok padł na coś zupełnie innego: na gmach Teatru Miej­skiego, który, gdy wyszedłem z pasażu Zbrojowni, był zamknięty. Kopulasty gmach był diabelnie podobny do niedorzecznie powięk­szonego, klasycystycznego młynka do kawy, chociaż przy gałce ko­puły brakowało mu owej korbki, która byłaby nieodzowna, by w wypełnionym co wieczór do ostatniego miejsca przybytku muz i kultury zemleć na okropny śrut pięcioaktowy dramat wraz z aktora­mi, kulisami, suflerką, rekwizytami i mnóstwem kurtyn. Drażniła mnie ta budowla z otoczonym kolumnami foyer, którego okien nie chciało porzucić zachodzące popołudniowe słońce, nakładając na nie coraz więcej czerwieni.

W owej godzinie, jakieś trzydzieści metrów ponad Targiem Wę­glowym, ponad tramwajami i święcącymi zamknięcie biur urzędnika­mi, wysoko ponad pachnącym słodko, tandetnym sklepikiem Markusa, górując nad chłodnymi marmurowymi stolikami „Cafe Weitzke”, dwiema filiżankami kawy, mamą i Janem Brońskim, mając pod sobą także naszą kamienicę, podwórze, podwórza, skrzywione i proste gwoź­dzie, dzieci sąsiadów i ich ceglaną zupę, ja, który dotychczas krzycza­łem tylko w sytuacjach przymusowych, stałem się krzykaczem bez przyczyny i przymusu. Do chwili wstąpienia na Wieżę Więzienną wdzierałem się w strukturę szkła, do wnętrza żarówki, w butelkę zwie­trzałego piwa tylko wówczas, gdy chciano mi zabrać bębenek, z Wie­ży natomiast krzyknąłem, choć bębenkowi nic nie groziło.

Nikt nie chciał zabierać mi bębenka, a jednak Oskar krzyknął. Nie dlatego, że jakiś gołąb napaskudził na bębenek, prowokując go do krzyku. W pobliżu była co prawda śniedź na miedzianych pły­tach, ale nie było szkła; mimo to Oskar krzyknął. Gołąb miał czerwo­no lśniące oczy, ale nie patrzyło na niego żadne szklane oko; a jed­nak krzyknął. Ku czemu krzyczał, jaka wabiła go odległość? Czyżby miał tutaj świadomie i konsekwentnie powtórzyć ową próbę, którą podjął bez planu na poddaszu, po spożyciu ceglanej zupy, ponad po­dwórzami? O jakim szkle myślał Oskar? Na jakim szkle - bo tylko szkło wchodziło w rachubę - zamierzał Oskar przeprowadzić ekspe­rymenty?

Teatr Miejski, dramatyczny młynek do kawy, był tym obiektem, który zwabił w rozświetlone wieczornym słońcem okna moje nowe, po raz pierwszy wypróbowane na naszym poddaszu, chciałoby się rzec: graniczące z manieryzmem tony. Po paru minutach różnie nasi­lonego krzyku, który jednak nic nie wskórał, wyszedł mi niemal bez­głośny dźwięk i Oskar z radością i przewrotną dumą mógł sobie za­komunikować: dwie środkowe szyby w lewym oknie foyer musiały wyrzec się blasku wieczornego słońca, pozostały po nich dwa czar­ne, jak najszybciej wymagające ponownego oszklenia czworoboki.

Należało potwierdzić sukces. Produkowałem się niczym nowo­czesny malarz, który doskonali znaleziony wreszcie, od lat poszuki­wany styl, ofiarowując zaskoczonemu światu całą serię równie wspa­niałych, równie śmiałych, równie cennych próbek swojej maniery.

W ciągu niespełna kwadransa udało mi się ogołocić ze szkła wszystkie okna foyer i część drzwi. Przed teatrem zebrał się podnie­cony, jak wydawało się z góry, tłum ludzi. Ciekawscy zawsze się znajdą. Na mnie wielbiciele mojej sztuki nie zrobili specjalnego wra­żenia. Co najwyżej skłonili mnie do jeszcze bardziej sumiennej i precyzyjnej pracy. Szykowałem się właśnie, by w jeszcze śmielszym eksperymencie odsłonić wnętrze wszystkich rzeczy, mianowicie przez otwarte foyer, przez dziurkę od klucza w drzwiach loży posłać do ciemnej jeszcze sali teatru specjalny krzyk, który miał ugodzić dumę wszystkich bywalców, teatralny żyrandol z całą masą szlifowanych, lśniących, dioptrycznie fasetowanych ozdóbek; gdy w ciżbie przed teatrem dostrzegłem rdzawy materiał: mama wróciła z „Cafe Weitzke”, wypiła kawę, opuściła Jana Brońskiego.

Trzeba jednak przyznać, że Oskar mimo to natarł krzykiem na Pyszałkowaty świecznik. Nic jednak chyba nie zdziałał, bo nazajutrz gazety pisały tylko o strzaskanych z tajemniczych przyczyn szybach foyer i drzwi. Dyletanckie, a także naukowe dociekania w felietono­wej części prasy codziennej jeszcze całymi tygodniami rozgłaszały wieloszpaltowe fantastyczne bzdury. „Neueste Nachrichten” bajdurzyły o promieniach kosmicznych. Ludzie z obserwatorium astrono­micznego, a więc wysoko kwalifikowani pracownicy umysłowi, mówili o plamach na słońcu.

Wówczas najszybciej, jak na to pozwalały moje krótkie nogi, zbiegłem po krętych schodach Wieży Więziennej w dół i mocno zdy­szany znalazłem się w tłumie przed portalem teatru. Rdzawy kostium jesienny mamy już nie błyszczał, była pewnie w sklepie Markusa, może opowiadała o szkodach, jakie wyrządził mój głos. A Markus, który traktował mój tak zwany niedorozwój i diamentowy głos jako zjawiska najzupełniej naturalne, pewnie, jak myślał Oskar, przesuwa po ustach końcem języka i zaciera białożółtawe dłonie.

Wchodząc do sklepu ujrzałem scenę, która natychmiast kazała mi zapomnieć o wszystkich sukcesach niszczącego szyby daleko­siężnego śpiewu. Sigismund Markus klęczał przed moją mamą i zda­wało się, że wraz z nim chcą paść na kolana wszystkie szmaciane zwierzęta, misie, małpki, pieski, nawet lalki z zamykanymi oczami, wozy strażackie, konie na biegunach, a także wszystkie pilnujące jego składu pajace. On zaś krył w swoich dłoniach obie dłonie mamy, ukazywał porośnięte jasnym meszkiem, brązowe plamy na grzbie­tach dłoni i płakał.

Mama też spoglądała poważnie i odpowiednio do sytuacji przeję­ta. - Niech pan przestanie, Markus - mówiła - proszę, nie w sklepie.

Ale Markus nie reagował, a jego przemowa miała niezapomnianą dla mnie, błagalną i zarazem przesadną intonację: - Niech się pani nie spotyka z tym Brońskim, bo on jest na Polskiej Poczcie, nic z tego dobrego nie będzie, ja to pani mówię, bo on z Polakami trzy­ma. Pani nie stawia na Polaków, niech pani stawia, jak już pani chce postawić, na Niemców, bo oni w górę pójdą, nie dziś to jutro: czy już teraz w górę trochę nie poszli, a pani Agnieszka dalej stawia na tego Brońskiego, żeby na tego swojego Matzeratha, to jeszcze. Albo żeby pani tak zechciała najłaskawiej postawić na Markusa i z Markusem wyjechać, bo on się niedawno wychrzcił. Pojedziemy do Londynu, pani Agnieszko, bo u mnie tam rodzina i dość akcji, żeby tylko pani chciała, ale z Markusem to pani nie chce, bo pani nim pogardza, no to niech pani pogardza. Ale on z całego serca panią prosi, żeby pani nie stawiała więcej na tego zbzikowanego Brońskiego, co to na Pol­skiej Poczcie siedzi, za niedługi czas, jak Niemcy przyjdą, będzie koniec z Polakami!

Właśnie gdy i mama, speszona tylu możliwościami i niemożliwościami, miała się rozpłakać, Markus spostrzegł mnie w drzwiach sklepu i uwalniając jedną dłoń mamy wskazał na mnie pięcioma wymownymi palcami: - No i proszę bardzo, jego też weźmiemy do Londynu. Będzie się miał jak książątko, jak książątko!

Mama też spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko. Może po­myślała o wybitych szybach w foyer Teatru Miejskiego, a może roz­weseliła ją perspektywa wyjazdu do londyńskiej metropolii. Ku mo­jemu zaskoczeniu jednak potrząsnęła głową i powiedziała lekko, jakby odmawiając zaproszeniu do tańca: - Dziękuję panu, Markus, ale to niemożliwe, naprawdę niemożliwe - z powodu Brońskiego.