niedziela, 20 lipca 2008

Jak państwo zauważyliście już przedtem, pod stołem od dawien dawna nadarzała mi się okazja do najciekawszych obserwacji: doko­nywałem porównań. Lecz jakże od śmierci mojej biednej mamy zmie­niło się wszystko! Oto Jan Broński, na górze zachowując ostrożność, a jednak przegrywając partię za partią, na dole nie próbował stopą w skarpetce śmiałych podbojów między udami mojej mamy. Pod kar­cianym stołem tamtych lat nie było już erotyki, nie mówiąc o miło­ści. Sześć nogawek, ukazując różne wzorki w jodełkę, opinało sześć gołych lub odzianych w kalesony, mniej lub bardziej owłosionych męskich nóg; nogi te na dole starały się sześciokrotnie uniknąć choć­by przypadkowego zetknięcia, na górze zaś, uproszczone i powięk­szone w tułowie, głowy, ramiona, oddawały się grze, która ze wzglę­dów politycznych powinna była być zabroniona, która jednak w każdym wypadku przegranej lub wygranej partii pozwalała na usprawiedliwienie, także na triumf: oto Polska przegrała granda z ręki; oto przed chwilą Wolne Miasto Gdańsk wygrało gładko dla Wielkoniemieckiej Rzeszy zwykłe dzwonki.
Można było sobie wyobrazić dzień, kiedy skończą się te gry ma­newrowe - jak pewnego dnia kończą się wszystkie manewry i z racji tak zwanego rzeczywistego wybuchu na powiększonej płaszczyźnie zamieniają się w nagie fakty.
Koło pomocy dwa lub trzy razy w miesiącu słychać było, jak kłyk­cie Jana stukają w szyby naszej bawialni. Kiedy Matzerath odsuwał firankę i uchylał okno, zakłopotanie z obu stron było ogromne; aż jeden czy drugi znajdował zbawcze słowo, proponował skata o póź­nej godzinie. Ściągali Greffa ze sklepu warzywnego, a jeśli Greff nie chciał, nie chciał ze względu na Jana, nie chciał, bo jako były druży­nowy skautów - z biegiem czasu rozwiązał swoją grupę - musiał być ostrożny, poza tym w skata grał źle i niezbyt chętnie, to tym trzecim był najczęściej piekarz Aleksander Scheffler. Co prawda i mistrz pie­karski niechętnie siadał przy jednym stole z wujem Janem, ale pewne przywiązanie do mojej biednej mamy, które niczym dziedzictwo prze­niosło się na Matzeratha, jak również zasada Schefflera, że kupcy detaliści powinni trzymać się razem, nakazywały krótkonogiemu pie­karzowi spieszyć się z Kuźniczek na wezwanie Matzeratha, siadać przy stole w naszej bawialni, białymi, stoczonymi przez mąkę palca­mi tasować karty i rozdawać jak bułeczki między zgłodniały lud.
Ponieważ te zakazane gry zaczynały się przeważnie dopiero po północy i przerywane były koło trzeciej nad ranem, gdy Scheffler musiał iść do piekarni, bardzo rzadko udawało mi się, unikając jakie­gokolwiek hałasu, wymknąć w nocnej koszuli z łóżeczka i niepo­strzeżenie, bez bębenka, dotrzeć do cienistego zakątka pod stołem.
Koło pomocy dwa lub trzy razy w miesiącu słychać było, jak kłyk­cie Jana stukają w szyby naszej bawialni. Kiedy Matzerath odsuwał firankę i uchylał okno, zakłopotanie z obu stron było ogromne; aż jeden czy drugi znajdował zbawcze słowo, proponował skata o póź­nej godzinie. Ściągali Greffa ze sklepu warzywnego, a jeśli Greff nie chciał, nie chciał ze względu na Jana, nie chciał, bo jako były druży­nowy skautów - z biegiem czasu rozwiązał swoją grupę - musiał być ostrożny, poza tym w skata grał źle i niezbyt chętnie, to tym trzecim był najczęściej piekarz Aleksander Scheffler. Co prawda i mistrz pie­karski niechętnie siadał przy jednym stole z wujem Janem, ale pewne przywiązanie do mojej biednej mamy, które niczym dziedzictwo prze­niosło się na Matzeratha, jak również zasada Schefflera, że kupcy detaliści powinni trzymać się razem, nakazywały krótkonogiemu pie­karzowi spieszyć się z Kuźniczek na wezwanie Matzeratha, siadać przy stole w naszej bawialni, białymi, stoczonymi przez mąkę palca­mi tasować karty i rozdawać jak bułeczki między zgłodniały lud.
Ponieważ te zakazane gry zaczynały się przeważnie dopiero po północy i przerywane były koło trzeciej nad ranem, gdy Scheffler musiał iść do piekarni, bardzo rzadko udawało mi się, unikając jakie­gokolwiek hałasu, wymknąć w nocnej koszuli z łóżeczka i niepo­strzeżenie, bez bębenka, dotrzeć do cienistego zakątka pod stołem.
Ta nieudana próba uleczyła mnie na zawsze. Nigdy więcej nie próbowałem na serio używać puszki od konserw, odwróconego wia­dra, dna miednicy w charakterze bębenka. Jeśli to jednak robiłem, staram się o tych niesławnych epizodach zapomnieć i na tych kart­kach nie udzielam im miejsca albo udzielam jak najmniej. Puszka od konserw to nie blaszany bębenek, wiadro to wiadro, a w miednicy człowiek albo się myje, albo pierze skarpetki. Jak dziś nie ma żadnej namiastki, tak nie było jej już wówczas: blaszany bębenek w biało-czerwone płomyki mówi sam za siebie, nie potrzebuje więc rekla­my.
Oskar był sam, zdradzony i sprzedany, jakże miał zachować na stałe swoją trzyletnią twarz, skoro brakowało mu rzeczy najpotrzeb­niejszej - bębenka? Wszystkie te długoletnie fortele, jak przypadko­we nocne moczenie się, dziecinne odklepywanie co wieczór pacie­rza, strach przed świętym Mikołajem, który w rzeczywistości nazywał się Greff, niestrudzone zadawanie trzyletnich, typowo pociesznych pytań: dlaczego auta mają koła? - cały ten ogromny wysiłek, którego oczekiwali po mnie dorośli, musiałem podejmować bez bębenka, byłem bliski rezygnacji i z tej przyczyny rozpaczliwie szukałem tego, który wprawdzie nie był moim ojcem, ale najprawdopodobniej mnie spłodził; koło polskiego osiedla przy Okrężnej Oskar czekał na Jana Brońskiego.
Po śmierci mojej biednej mamy niekiedy prawie przyjacielskie stosunki między Matzerathem a z czasem awansowanym na referen­darza wujem rozluźniły się, jeśli nie za jednym zamachem i nagle, to przecież stopniowo, a im bardziej zaostrzała się sytuacja polityczna, tym były chłodniejsze, mimo najpiękniejszych wspólnych wspomnień. Wraz z rozkładem smukłej duszy i bujnego ciała mamy rozkładała się przyjaźń dwóch mężczyzn, którzy przeglądali się obaj w tej du­szy, którzy sycili się obaj tym ciałem, którzy teraz, gdy zabrakło owego pokarmu i owego wypukłego zwierciadła, nie znajdowali nic bar­dziej niedoskonałego niż swoje politycznie przeciwstawne, palące jednak ten sam tytoń męskie zebrania. Ale Poczta Polska i konferen­cja zellenleiterow obradujących bez marynarek nie mogą zastąpić pięknej i nawet w wiarołomstwie czułej kobiety. Mimo całej ostroż­ności - Matzerath musiał liczyć się z klientelą i partią, Jan z kierow­nictwem Poczty - w krótkim okresie między śmiercią mojej biednej mamy a zgonem Sigismunda Markusa dochodziło jednak do spotkań obu moich domniemanych ojców.
Nie miało sensu zwracać się o pomoc do Matzeratha, chociaż był on z natury chętny do pomocy, nawet dobroduszny. Od śmierci mojej biednej mamy ten człowiek myślał już tylko o swoich partyjnych dyrdymałkach, wyżywał się na konferencjach zellenleiterów, a koło północy, mocno podpity, rozmawiał w naszej bawialni głośno i po­ufale z oprawionymi w czarne ramy podobiznami Hitlera i Beethovena, domagał się, by geniusz tłumaczył mu przeznaczenie, a wódz - opatrzność, na trzeźwo zaś upatrywał swoje przeznaczenie w zbiórce na Pomoc Zimową.
Niechętnie wspominam te kwestarskie niedziele. Jednej z takich niedziel podjąłem przecież rozpaczliwą próbę pozyskania nowego bębenka. Matzerath, który przed południem kwestował na Głównej pod kinami, także pod domem towarowym Sternfelda, przyszedł w południe do domu i odgrzał nam zrazy królewieckie. Po tym smacz­nym, jak jeszcze dziś pamiętam, jedzeniu - Matzerath nawet jako wdowiec gotował niezwykle chętnie i wyśmienicie - zmęczony kwestarz położył się na kozetce, żeby uciąć sobie drzemkę. Ledwie zachrapał, zdjąłem z fortepianu napełnioną do połowy kwestarską blaszankę, z tym przedmiotem, który miał kształt puszki od konserw, schowałem się w sklepie pod kontuarem i zacząłem obrabiać naj­śmieszniejszą ze wszystkich blachę. Nie znaczy to, żebym chciał się wzbogacić miedziakami. Wpadłem na głupi pomysł, aby wypróbować puszkę jako bębenek. Choćbym nie wiem jak uderzał i wymie­niał pałeczki, stale padała jedna i ta sama odpowiedź: „Co łaska na Pomoc Zimową! Niech nikt nie głoduje, niech nikt nie marznie! Co łaska na Pomoc Zimową!”
Po pół godzinie zrezygnowałem, wyjąłem z kasy sklepowej pięć fenigów, ofiarowałem je na Pomoc Zimową i wzbogaconą w ten spo­sób puszkę odniosłem na fortepian, żeby Matzerath nie musiał jej szukać i mógł klekocząc na Pomoc Zimową zabijać pozostałe godzi­ny niedzieli.
Nie chciałem jednak wtedy uwierzyć, że wraz ze śmiercią zabaw­karza skończył się ów wczesny i stosunkowo pogodny czas bębnie­nia, i z rumowiska, w jakie zamieniono sklep Markusa, wybrałem sobie jedną nie uszkodzoną i dwie jedynie na brzegach poobijane blachy, zaniosłem łup do domu i myślałem, że postąpiłem bardzo przezornie.
Ostrożnie obchodziłem się z tą trójką, bębniłem z rzadka, już tyl­ko w razie potrzeby, odmawiałem sobie całych bębenkowych popo­łudni i, dość niechętnie, bębenkowych śniadań, po których lżej było mi znieść rozpoczęty dzień. Oskar uprawiał ascezę, chudł, musiał chodzić do doktora Hollatza i jego coraz bardziej kościstej asystent­ki, siostry Ingi. Dawali mi słodkie, kwaśne, gorzkie i pozbawione smaku lekarstwa, przypisywali winę gruczołom, których nadczynność, to znów niedoczynność, zdaniem doktora Hollatza, odbijała się ujemnie na moim zdrowiu.
Chcąc uniknąć spotkań z Hollatzem, Oskar uprawiał ascezę z większym umiarem, ponownie przybrał na wadze, latem dziewięć­set trzydziestego dziewiątego był niemal dawnym, trzyletnim Oska­rem, który odzyskanie pucołowatych policzków okupił doszczętnym rozbiciem ostatniego, pochodzącego jeszcze ze sklepu Markusa bę­benka. Podziurawiona blacha obluzowała się i klekotała, pozbywała się białego i czerwonego lakieru, rdzewiała i brzęcząc nieprzyjemnie wisiała mi na brzuchu.
Cóż mi zatem każe co trzy tygodnie wypowiadać wobec Marii życzenia, które, jeśli będą spełniane regularnie, zapchają kiedyś piw­nicę, tak że nie będzie gdzie składać ziemniaków na zimę?
Rzadko, coraz rzadziej przebłyskujące urojenie, że moimi kale­kimi instrumentami mogłoby się kiedyś zainteresować muzeum, po­jawiło się dopiero wtedy, gdy w piwnicy leżało już kilka tuzinów blach. Nie można więc dopatrywać się tutaj początków zbierackiej manii. Raczej - a im głębiej się zastanawiam, tym bardziej wydaje mi się to prawdopodobne - przyczyną tego zbieractwa jest zwyczaj­ny kompleks: kto wie, czy któregoś dnia nie skończą się blaszane bębenki, nie staną się rzadkością, nie zostaną zakazane, nie ulegną zniszczeniu. Może któregoś dnia Oskar będzie musiał dać blacharzo­wi do naprawy kilka nie za bardzo sfatygowanych blach, aby przy jego pomocy przetrwać z połatanymi weteranami straszne, pozba­wione bębenków czasy.
Podobnie, choć używając innych określeń, wyrażają się o przy­czynie mego instynktu zbierania lekarze zakładu dla nerwowo cho­rych. Pani doktor Hornstetter dopytywała się nawet, którego dnia narodził się ów kompleks. Mogłem jej podać dokładną datę: dzie­wiątego listopada w dziewięćset trzydziestym ósmym, bo tego dnia straciłem Sigismunda Markusa, zarządcę mojego bębenkowego ma­gazynu. Jeśli już po śmierci mojej biednej mamy trudno było w od­powiednim czasie wejść w posiadanie nowego bębenka, bo czwart­kowe wizyty w pasażu Zbrojowni z konieczności ustały, Matzerath niewiele dbał o moje instrumenty, a Jan Broński bywał u nas coraz rzadziej - to o ileż bardziej rozpaczliwa stała się moja sytuacja, gdy splądrowano sklep zabawkarza, a widok Markusa siedzącego za uprzątniętym biurkiem uświadomił mi: Markus już ci nie podaruje bębenka, Markus nie będzie więcej handlował zabawkami, Markus na zawsze zerwał stosunki handlowe z ową firmą, która dotychczas wyrabiała i dostarczała ci pięknie lakierowane biało-czerwone bę­benki.