Jak państwo zauważyliście już przedtem, pod stołem od dawien dawna nadarzała mi się okazja do najciekawszych obserwacji: dokonywałem porównań. Lecz jakże od śmierci mojej biednej mamy zmieniło się wszystko! Oto Jan Broński, na górze zachowując ostrożność, a jednak przegrywając partię za partią, na dole nie próbował stopą w skarpetce śmiałych podbojów między udami mojej mamy. Pod karcianym stołem tamtych lat nie było już erotyki, nie mówiąc o miłości. Sześć nogawek, ukazując różne wzorki w jodełkę, opinało sześć gołych lub odzianych w kalesony, mniej lub bardziej owłosionych męskich nóg; nogi te na dole starały się sześciokrotnie uniknąć choćby przypadkowego zetknięcia, na górze zaś, uproszczone i powiększone w tułowie, głowy, ramiona, oddawały się grze, która ze względów politycznych powinna była być zabroniona, która jednak w każdym wypadku przegranej lub wygranej partii pozwalała na usprawiedliwienie, także na triumf: oto Polska przegrała granda z ręki; oto przed chwilą Wolne Miasto Gdańsk wygrało gładko dla Wielkoniemieckiej Rzeszy zwykłe dzwonki.
Można było sobie wyobrazić dzień, kiedy skończą się te gry manewrowe - jak pewnego dnia kończą się wszystkie manewry i z racji tak zwanego rzeczywistego wybuchu na powiększonej płaszczyźnie zamieniają się w nagie fakty.
niedziela, 20 lipca 2008
Koło pomocy dwa lub trzy razy w miesiącu słychać było, jak kłykcie Jana stukają w szyby naszej bawialni. Kiedy Matzerath odsuwał firankę i uchylał okno, zakłopotanie z obu stron było ogromne; aż jeden czy drugi znajdował zbawcze słowo, proponował skata o późnej godzinie. Ściągali Greffa ze sklepu warzywnego, a jeśli Greff nie chciał, nie chciał ze względu na Jana, nie chciał, bo jako były drużynowy skautów - z biegiem czasu rozwiązał swoją grupę - musiał być ostrożny, poza tym w skata grał źle i niezbyt chętnie, to tym trzecim był najczęściej piekarz Aleksander Scheffler. Co prawda i mistrz piekarski niechętnie siadał przy jednym stole z wujem Janem, ale pewne przywiązanie do mojej biednej mamy, które niczym dziedzictwo przeniosło się na Matzeratha, jak również zasada Schefflera, że kupcy detaliści powinni trzymać się razem, nakazywały krótkonogiemu piekarzowi spieszyć się z Kuźniczek na wezwanie Matzeratha, siadać przy stole w naszej bawialni, białymi, stoczonymi przez mąkę palcami tasować karty i rozdawać jak bułeczki między zgłodniały lud.
Ponieważ te zakazane gry zaczynały się przeważnie dopiero po północy i przerywane były koło trzeciej nad ranem, gdy Scheffler musiał iść do piekarni, bardzo rzadko udawało mi się, unikając jakiegokolwiek hałasu, wymknąć w nocnej koszuli z łóżeczka i niepostrzeżenie, bez bębenka, dotrzeć do cienistego zakątka pod stołem.
Ponieważ te zakazane gry zaczynały się przeważnie dopiero po północy i przerywane były koło trzeciej nad ranem, gdy Scheffler musiał iść do piekarni, bardzo rzadko udawało mi się, unikając jakiegokolwiek hałasu, wymknąć w nocnej koszuli z łóżeczka i niepostrzeżenie, bez bębenka, dotrzeć do cienistego zakątka pod stołem.
Koło pomocy dwa lub trzy razy w miesiącu słychać było, jak kłykcie Jana stukają w szyby naszej bawialni. Kiedy Matzerath odsuwał firankę i uchylał okno, zakłopotanie z obu stron było ogromne; aż jeden czy drugi znajdował zbawcze słowo, proponował skata o późnej godzinie. Ściągali Greffa ze sklepu warzywnego, a jeśli Greff nie chciał, nie chciał ze względu na Jana, nie chciał, bo jako były drużynowy skautów - z biegiem czasu rozwiązał swoją grupę - musiał być ostrożny, poza tym w skata grał źle i niezbyt chętnie, to tym trzecim był najczęściej piekarz Aleksander Scheffler. Co prawda i mistrz piekarski niechętnie siadał przy jednym stole z wujem Janem, ale pewne przywiązanie do mojej biednej mamy, które niczym dziedzictwo przeniosło się na Matzeratha, jak również zasada Schefflera, że kupcy detaliści powinni trzymać się razem, nakazywały krótkonogiemu piekarzowi spieszyć się z Kuźniczek na wezwanie Matzeratha, siadać przy stole w naszej bawialni, białymi, stoczonymi przez mąkę palcami tasować karty i rozdawać jak bułeczki między zgłodniały lud.
Ponieważ te zakazane gry zaczynały się przeważnie dopiero po północy i przerywane były koło trzeciej nad ranem, gdy Scheffler musiał iść do piekarni, bardzo rzadko udawało mi się, unikając jakiegokolwiek hałasu, wymknąć w nocnej koszuli z łóżeczka i niepostrzeżenie, bez bębenka, dotrzeć do cienistego zakątka pod stołem.
Ponieważ te zakazane gry zaczynały się przeważnie dopiero po północy i przerywane były koło trzeciej nad ranem, gdy Scheffler musiał iść do piekarni, bardzo rzadko udawało mi się, unikając jakiegokolwiek hałasu, wymknąć w nocnej koszuli z łóżeczka i niepostrzeżenie, bez bębenka, dotrzeć do cienistego zakątka pod stołem.
Ta nieudana próba uleczyła mnie na zawsze. Nigdy więcej nie próbowałem na serio używać puszki od konserw, odwróconego wiadra, dna miednicy w charakterze bębenka. Jeśli to jednak robiłem, staram się o tych niesławnych epizodach zapomnieć i na tych kartkach nie udzielam im miejsca albo udzielam jak najmniej. Puszka od konserw to nie blaszany bębenek, wiadro to wiadro, a w miednicy człowiek albo się myje, albo pierze skarpetki. Jak dziś nie ma żadnej namiastki, tak nie było jej już wówczas: blaszany bębenek w biało-czerwone płomyki mówi sam za siebie, nie potrzebuje więc reklamy.
Oskar był sam, zdradzony i sprzedany, jakże miał zachować na stałe swoją trzyletnią twarz, skoro brakowało mu rzeczy najpotrzebniejszej - bębenka? Wszystkie te długoletnie fortele, jak przypadkowe nocne moczenie się, dziecinne odklepywanie co wieczór pacierza, strach przed świętym Mikołajem, który w rzeczywistości nazywał się Greff, niestrudzone zadawanie trzyletnich, typowo pociesznych pytań: dlaczego auta mają koła? - cały ten ogromny wysiłek, którego oczekiwali po mnie dorośli, musiałem podejmować bez bębenka, byłem bliski rezygnacji i z tej przyczyny rozpaczliwie szukałem tego, który wprawdzie nie był moim ojcem, ale najprawdopodobniej mnie spłodził; koło polskiego osiedla przy Okrężnej Oskar czekał na Jana Brońskiego.
Po śmierci mojej biednej mamy niekiedy prawie przyjacielskie stosunki między Matzerathem a z czasem awansowanym na referendarza wujem rozluźniły się, jeśli nie za jednym zamachem i nagle, to przecież stopniowo, a im bardziej zaostrzała się sytuacja polityczna, tym były chłodniejsze, mimo najpiękniejszych wspólnych wspomnień. Wraz z rozkładem smukłej duszy i bujnego ciała mamy rozkładała się przyjaźń dwóch mężczyzn, którzy przeglądali się obaj w tej duszy, którzy sycili się obaj tym ciałem, którzy teraz, gdy zabrakło owego pokarmu i owego wypukłego zwierciadła, nie znajdowali nic bardziej niedoskonałego niż swoje politycznie przeciwstawne, palące jednak ten sam tytoń męskie zebrania. Ale Poczta Polska i konferencja zellenleiterow obradujących bez marynarek nie mogą zastąpić pięknej i nawet w wiarołomstwie czułej kobiety. Mimo całej ostrożności - Matzerath musiał liczyć się z klientelą i partią, Jan z kierownictwem Poczty - w krótkim okresie między śmiercią mojej biednej mamy a zgonem Sigismunda Markusa dochodziło jednak do spotkań obu moich domniemanych ojców.
Oskar był sam, zdradzony i sprzedany, jakże miał zachować na stałe swoją trzyletnią twarz, skoro brakowało mu rzeczy najpotrzebniejszej - bębenka? Wszystkie te długoletnie fortele, jak przypadkowe nocne moczenie się, dziecinne odklepywanie co wieczór pacierza, strach przed świętym Mikołajem, który w rzeczywistości nazywał się Greff, niestrudzone zadawanie trzyletnich, typowo pociesznych pytań: dlaczego auta mają koła? - cały ten ogromny wysiłek, którego oczekiwali po mnie dorośli, musiałem podejmować bez bębenka, byłem bliski rezygnacji i z tej przyczyny rozpaczliwie szukałem tego, który wprawdzie nie był moim ojcem, ale najprawdopodobniej mnie spłodził; koło polskiego osiedla przy Okrężnej Oskar czekał na Jana Brońskiego.
Po śmierci mojej biednej mamy niekiedy prawie przyjacielskie stosunki między Matzerathem a z czasem awansowanym na referendarza wujem rozluźniły się, jeśli nie za jednym zamachem i nagle, to przecież stopniowo, a im bardziej zaostrzała się sytuacja polityczna, tym były chłodniejsze, mimo najpiękniejszych wspólnych wspomnień. Wraz z rozkładem smukłej duszy i bujnego ciała mamy rozkładała się przyjaźń dwóch mężczyzn, którzy przeglądali się obaj w tej duszy, którzy sycili się obaj tym ciałem, którzy teraz, gdy zabrakło owego pokarmu i owego wypukłego zwierciadła, nie znajdowali nic bardziej niedoskonałego niż swoje politycznie przeciwstawne, palące jednak ten sam tytoń męskie zebrania. Ale Poczta Polska i konferencja zellenleiterow obradujących bez marynarek nie mogą zastąpić pięknej i nawet w wiarołomstwie czułej kobiety. Mimo całej ostrożności - Matzerath musiał liczyć się z klientelą i partią, Jan z kierownictwem Poczty - w krótkim okresie między śmiercią mojej biednej mamy a zgonem Sigismunda Markusa dochodziło jednak do spotkań obu moich domniemanych ojców.
Nie miało sensu zwracać się o pomoc do Matzeratha, chociaż był on z natury chętny do pomocy, nawet dobroduszny. Od śmierci mojej biednej mamy ten człowiek myślał już tylko o swoich partyjnych dyrdymałkach, wyżywał się na konferencjach zellenleiterów, a koło północy, mocno podpity, rozmawiał w naszej bawialni głośno i poufale z oprawionymi w czarne ramy podobiznami Hitlera i Beethovena, domagał się, by geniusz tłumaczył mu przeznaczenie, a wódz - opatrzność, na trzeźwo zaś upatrywał swoje przeznaczenie w zbiórce na Pomoc Zimową.
Niechętnie wspominam te kwestarskie niedziele. Jednej z takich niedziel podjąłem przecież rozpaczliwą próbę pozyskania nowego bębenka. Matzerath, który przed południem kwestował na Głównej pod kinami, także pod domem towarowym Sternfelda, przyszedł w południe do domu i odgrzał nam zrazy królewieckie. Po tym smacznym, jak jeszcze dziś pamiętam, jedzeniu - Matzerath nawet jako wdowiec gotował niezwykle chętnie i wyśmienicie - zmęczony kwestarz położył się na kozetce, żeby uciąć sobie drzemkę. Ledwie zachrapał, zdjąłem z fortepianu napełnioną do połowy kwestarską blaszankę, z tym przedmiotem, który miał kształt puszki od konserw, schowałem się w sklepie pod kontuarem i zacząłem obrabiać najśmieszniejszą ze wszystkich blachę. Nie znaczy to, żebym chciał się wzbogacić miedziakami. Wpadłem na głupi pomysł, aby wypróbować puszkę jako bębenek. Choćbym nie wiem jak uderzał i wymieniał pałeczki, stale padała jedna i ta sama odpowiedź: „Co łaska na Pomoc Zimową! Niech nikt nie głoduje, niech nikt nie marznie! Co łaska na Pomoc Zimową!”
Po pół godzinie zrezygnowałem, wyjąłem z kasy sklepowej pięć fenigów, ofiarowałem je na Pomoc Zimową i wzbogaconą w ten sposób puszkę odniosłem na fortepian, żeby Matzerath nie musiał jej szukać i mógł klekocząc na Pomoc Zimową zabijać pozostałe godziny niedzieli.
Niechętnie wspominam te kwestarskie niedziele. Jednej z takich niedziel podjąłem przecież rozpaczliwą próbę pozyskania nowego bębenka. Matzerath, który przed południem kwestował na Głównej pod kinami, także pod domem towarowym Sternfelda, przyszedł w południe do domu i odgrzał nam zrazy królewieckie. Po tym smacznym, jak jeszcze dziś pamiętam, jedzeniu - Matzerath nawet jako wdowiec gotował niezwykle chętnie i wyśmienicie - zmęczony kwestarz położył się na kozetce, żeby uciąć sobie drzemkę. Ledwie zachrapał, zdjąłem z fortepianu napełnioną do połowy kwestarską blaszankę, z tym przedmiotem, który miał kształt puszki od konserw, schowałem się w sklepie pod kontuarem i zacząłem obrabiać najśmieszniejszą ze wszystkich blachę. Nie znaczy to, żebym chciał się wzbogacić miedziakami. Wpadłem na głupi pomysł, aby wypróbować puszkę jako bębenek. Choćbym nie wiem jak uderzał i wymieniał pałeczki, stale padała jedna i ta sama odpowiedź: „Co łaska na Pomoc Zimową! Niech nikt nie głoduje, niech nikt nie marznie! Co łaska na Pomoc Zimową!”
Po pół godzinie zrezygnowałem, wyjąłem z kasy sklepowej pięć fenigów, ofiarowałem je na Pomoc Zimową i wzbogaconą w ten sposób puszkę odniosłem na fortepian, żeby Matzerath nie musiał jej szukać i mógł klekocząc na Pomoc Zimową zabijać pozostałe godziny niedzieli.
Nie chciałem jednak wtedy uwierzyć, że wraz ze śmiercią zabawkarza skończył się ów wczesny i stosunkowo pogodny czas bębnienia, i z rumowiska, w jakie zamieniono sklep Markusa, wybrałem sobie jedną nie uszkodzoną i dwie jedynie na brzegach poobijane blachy, zaniosłem łup do domu i myślałem, że postąpiłem bardzo przezornie.
Ostrożnie obchodziłem się z tą trójką, bębniłem z rzadka, już tylko w razie potrzeby, odmawiałem sobie całych bębenkowych popołudni i, dość niechętnie, bębenkowych śniadań, po których lżej było mi znieść rozpoczęty dzień. Oskar uprawiał ascezę, chudł, musiał chodzić do doktora Hollatza i jego coraz bardziej kościstej asystentki, siostry Ingi. Dawali mi słodkie, kwaśne, gorzkie i pozbawione smaku lekarstwa, przypisywali winę gruczołom, których nadczynność, to znów niedoczynność, zdaniem doktora Hollatza, odbijała się ujemnie na moim zdrowiu.
Chcąc uniknąć spotkań z Hollatzem, Oskar uprawiał ascezę z większym umiarem, ponownie przybrał na wadze, latem dziewięćset trzydziestego dziewiątego był niemal dawnym, trzyletnim Oskarem, który odzyskanie pucołowatych policzków okupił doszczętnym rozbiciem ostatniego, pochodzącego jeszcze ze sklepu Markusa bębenka. Podziurawiona blacha obluzowała się i klekotała, pozbywała się białego i czerwonego lakieru, rdzewiała i brzęcząc nieprzyjemnie wisiała mi na brzuchu.
Ostrożnie obchodziłem się z tą trójką, bębniłem z rzadka, już tylko w razie potrzeby, odmawiałem sobie całych bębenkowych popołudni i, dość niechętnie, bębenkowych śniadań, po których lżej było mi znieść rozpoczęty dzień. Oskar uprawiał ascezę, chudł, musiał chodzić do doktora Hollatza i jego coraz bardziej kościstej asystentki, siostry Ingi. Dawali mi słodkie, kwaśne, gorzkie i pozbawione smaku lekarstwa, przypisywali winę gruczołom, których nadczynność, to znów niedoczynność, zdaniem doktora Hollatza, odbijała się ujemnie na moim zdrowiu.
Chcąc uniknąć spotkań z Hollatzem, Oskar uprawiał ascezę z większym umiarem, ponownie przybrał na wadze, latem dziewięćset trzydziestego dziewiątego był niemal dawnym, trzyletnim Oskarem, który odzyskanie pucołowatych policzków okupił doszczętnym rozbiciem ostatniego, pochodzącego jeszcze ze sklepu Markusa bębenka. Podziurawiona blacha obluzowała się i klekotała, pozbywała się białego i czerwonego lakieru, rdzewiała i brzęcząc nieprzyjemnie wisiała mi na brzuchu.
Cóż mi zatem każe co trzy tygodnie wypowiadać wobec Marii życzenia, które, jeśli będą spełniane regularnie, zapchają kiedyś piwnicę, tak że nie będzie gdzie składać ziemniaków na zimę?
Rzadko, coraz rzadziej przebłyskujące urojenie, że moimi kalekimi instrumentami mogłoby się kiedyś zainteresować muzeum, pojawiło się dopiero wtedy, gdy w piwnicy leżało już kilka tuzinów blach. Nie można więc dopatrywać się tutaj początków zbierackiej manii. Raczej - a im głębiej się zastanawiam, tym bardziej wydaje mi się to prawdopodobne - przyczyną tego zbieractwa jest zwyczajny kompleks: kto wie, czy któregoś dnia nie skończą się blaszane bębenki, nie staną się rzadkością, nie zostaną zakazane, nie ulegną zniszczeniu. Może któregoś dnia Oskar będzie musiał dać blacharzowi do naprawy kilka nie za bardzo sfatygowanych blach, aby przy jego pomocy przetrwać z połatanymi weteranami straszne, pozbawione bębenków czasy.
Podobnie, choć używając innych określeń, wyrażają się o przyczynie mego instynktu zbierania lekarze zakładu dla nerwowo chorych. Pani doktor Hornstetter dopytywała się nawet, którego dnia narodził się ów kompleks. Mogłem jej podać dokładną datę: dziewiątego listopada w dziewięćset trzydziestym ósmym, bo tego dnia straciłem Sigismunda Markusa, zarządcę mojego bębenkowego magazynu. Jeśli już po śmierci mojej biednej mamy trudno było w odpowiednim czasie wejść w posiadanie nowego bębenka, bo czwartkowe wizyty w pasażu Zbrojowni z konieczności ustały, Matzerath niewiele dbał o moje instrumenty, a Jan Broński bywał u nas coraz rzadziej - to o ileż bardziej rozpaczliwa stała się moja sytuacja, gdy splądrowano sklep zabawkarza, a widok Markusa siedzącego za uprzątniętym biurkiem uświadomił mi: Markus już ci nie podaruje bębenka, Markus nie będzie więcej handlował zabawkami, Markus na zawsze zerwał stosunki handlowe z ową firmą, która dotychczas wyrabiała i dostarczała ci pięknie lakierowane biało-czerwone bębenki.
Rzadko, coraz rzadziej przebłyskujące urojenie, że moimi kalekimi instrumentami mogłoby się kiedyś zainteresować muzeum, pojawiło się dopiero wtedy, gdy w piwnicy leżało już kilka tuzinów blach. Nie można więc dopatrywać się tutaj początków zbierackiej manii. Raczej - a im głębiej się zastanawiam, tym bardziej wydaje mi się to prawdopodobne - przyczyną tego zbieractwa jest zwyczajny kompleks: kto wie, czy któregoś dnia nie skończą się blaszane bębenki, nie staną się rzadkością, nie zostaną zakazane, nie ulegną zniszczeniu. Może któregoś dnia Oskar będzie musiał dać blacharzowi do naprawy kilka nie za bardzo sfatygowanych blach, aby przy jego pomocy przetrwać z połatanymi weteranami straszne, pozbawione bębenków czasy.
Podobnie, choć używając innych określeń, wyrażają się o przyczynie mego instynktu zbierania lekarze zakładu dla nerwowo chorych. Pani doktor Hornstetter dopytywała się nawet, którego dnia narodził się ów kompleks. Mogłem jej podać dokładną datę: dziewiątego listopada w dziewięćset trzydziestym ósmym, bo tego dnia straciłem Sigismunda Markusa, zarządcę mojego bębenkowego magazynu. Jeśli już po śmierci mojej biednej mamy trudno było w odpowiednim czasie wejść w posiadanie nowego bębenka, bo czwartkowe wizyty w pasażu Zbrojowni z konieczności ustały, Matzerath niewiele dbał o moje instrumenty, a Jan Broński bywał u nas coraz rzadziej - to o ileż bardziej rozpaczliwa stała się moja sytuacja, gdy splądrowano sklep zabawkarza, a widok Markusa siedzącego za uprzątniętym biurkiem uświadomił mi: Markus już ci nie podaruje bębenka, Markus nie będzie więcej handlował zabawkami, Markus na zawsze zerwał stosunki handlowe z ową firmą, która dotychczas wyrabiała i dostarczała ci pięknie lakierowane biało-czerwone bębenki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)