środa, 13 sierpnia 2008

Störtebeker udzielił właściwej odpowiedzi, zgodnej z moimi za­miarami. Polityka nas nie interesowała, a odkąd zastraszona służba patrolowa Hitlerjugend prawie nie wysadzała nosa ze swoich lokali i co najwyżej sprawdzała na Dworcu Głównym dokumenty młodych, lekko prowadzących się dziewcząt, zaczęliśmy przenosić się ze swo­ją działalnością do kościołów i według słów ultralewicowego mon­tera szykować jasełka.
Najpierw należało znaleźć kogoś na miejsce odbitych nam, a tak dzielnych terminatorów od Schichaua. W końcu października Störte­beker zaprzysiągł dwóch ministrantów z kościoła Serca Jezusowego, braci Feliksa i Paula Rennwandów. Störtebeker wciągnął tych dwóch przez ich siostrę Luzie. Ta niespełna siedemnastoletnia dziewczyna mimo moich protestów była obecna przy zaprzysiężeniu. Bracia Ren­nwand musieli położyć lewą rękę na moim bębenku, w którym chło­paki z właściwą sobie nieraz przesadą widziały coś w rodzaju sym­bolu, i powtórzyć formułę Wyciskaczy: tekst, tak niedorzeczny i pełen rozmaitych hokus-pokus, że już go nie odtworzę.
Oskar obserwował Luzie podczas zaprzysiężenia. Ramiona unio­sła w górę, w lewej ręce trzymała drżącą lekko kanapkę z kiełbasą, przygryzła dolną wargę, ukazywała trójkątną, nieruchomą lisią twarz,
wpatrywała się płonącym wzrokiem w plecy Störtebekera, a mnie ogarnął niepokój o przyszłość Wyciskaczy.
Zabraliśmy się do przemeblowania pomieszczeń w naszej piwni­cy. Z mieszkania matki Truczinskiej, korzystając z pomocy ministran­tów, kierowałem akcją gromadzenia rzeczy. Od Świętej Katarzyny wzięliśmy niewielką, jak się później okazało, autentyczną figurę św. Józefa, parę świeczników, trochę naczyń liturgicznych i chorągiew na Boże Ciało. Nocna wizyta w kościele Świętej Trójcy przyniosła nam drewnianego, lecz nieciekawego artystycznie anioła z trąbą i barwny dywan figuralny, który nadawał się na ścianę. Kopia wzo­rowana na dawniejszym pierwowzorze przedstawiała krygującą się damę z uległym jej baśniowym zwierzęciem, zwanym jednorożcem. Chociaż Störtebeker stwierdził nie bez racji, że utkany uśmiech dziew­czyny dominuje na dywanie z równie okrutnym rozbawieniem jak uśmiech na lisiej twarzy Luzie, miałem jednak nadzieję, że mój pod­władny nie jest gotów do uległości jak ów baśniowy jednorożec. Gdy dywan znalazł się na czołowej ścianie piwnicy, gdzie przedtem wy­malowane były rozmaite bzdury, jak „Czarna Ręka” i „Trupia czasz­ka”, gdy motyw jednorożca wywierał w końcu przemożny wpływ na wszystkie nasze obrady, zadawałem sobie pytanie: czemu, Oskarze, czemu udzielasz gościny - skoro już Luzie przychodzi tu, kiedy chce, i chichocze za twoimi plecami - czemu udzielasz gościny jeszcze tej drugiej, utkanej Luzie, która twoich podwładnych zmienia w jedno­rożców, która i żywa, i utkana w gruncie rzeczy ciebie sobie upatrzy­ła, bo tylko ty, Oskarze, jesteś prawdziwie baśniowy, jesteś osobli­wym zwierzęciem o przesadnie pokręconym rogu.
Jak to dobrze, że przyszedł adwent, że mogłem niebawem naiw­nie rzeźbionymi, naturalnej wielkości figurami z szopki, które ściąg­nęliśmy z okolicznych kościołów, tak szczelnie zastawić dywan, że baśń nie kusiła już zbyt natarczywie do naśladowania. W połowie grudnia Rundstedt rozpoczął ofensywę w Ardenach, a i my uporaliśmy się z przygotowaniami do naszego wielkiego skoku.
Przez kilka niedziel z rzędu trzymając się ręki Marii, która ku stra­pieniu Matzeratha całkiem już przesiąkła katolicyzmem, chodziłem na mszę o dziesiątej rano, wymogłem też chodzenie do kościoła na całej bandzie Wyciskaczy, a potem, w nocy z osiemnastego na dziewiętna­stego grudnia, wystarczająco obeznani z terenem, wobec czego Oskar nie musiał rozśpiewywać szkła, z pomocą ministrantów Feliksa i Pau­la Rennwandów włamaliśmy się do kościoła Serca Jezusowego.
Spadł śnieg, który nie poleżał długo. Odstawiliśmy trzy ręczne wózki na tyłach zakrystii. Młodszy Rennwand miał klucz od głównego wejścia. Oskar poszedł przodem, zaprowadził chłopaków, jednego po dru­gim, do kropielnicy, kazał uklęknąć w środkowej nawie przed wielkim ołtarzem. Potem na moje polecenie zasłonił posąg Serca Jezusowego kocem Służby Pracy, żeby niebieskie spojrzenie nie przeszkadzało nam zbytnio w robocie. Cykoria i Mister przenieśli narzędzia przed boczny ołtarz w lewej nawie. Najpierw trzeba było opróżnić stajenkę w środ­kowej nawie pełną szopkowych figur i jedliny. W pasterzy, aniołów, owce, osły i krowy byliśmy obficie zaopatrzeni. Nasza piwnica miała pod dostatkiem statystów; tylko głównych wykonawców jeszcze bra­kowało. Belizanusz usunął kwiaty ze stołu ołtarzowego. Totila i Teja zwinęli dywan. Psuj rozpakował narzędzia. Oskar natomiast klęczał przy dziecięcym klęczniku i nadzorował demontaż.
Najpierw został odpiłowany mały Chrzciciel w czekoladowobrązowej kudłatej skórze. Jak to dobrze, że wzięliśmy piłkę do metalu. W środku gipsu grube na palec metalowe pręty spajały Chrzciciela z chmurą. Psuj piłował. Robił to jak gimnazjalista, a więc niezręcz­nie. Znów brakowało nam terminatorów ze stoczni Schichaua. Störtebeker zluzował Psują. Poszło teraz nieco lepiej i po pół godzinie ha­łasu mogliśmy obalić małego Chrzciciela, zawinąć go w koc i poddać się działaniu ciszy kościoła o północy.
Od tych imprez, które oznaczały tylko przygrywkę i nie zdradza­ły jeszcze niczego z moich właściwych planów, i tak trzymałem się z dala, toteż nie mogę zaręczyć, czy to właśnie Wyciskacze we wrze­śniu dziewięćset czterdziestego czwartego spętali dwóch wyższych funkcjonariuszy służby patrolowej, wśród nich znienawidzonego Helmuta Neitberga, i utopili w Motławie powyżej Krowiego Mostu.
Temu, jakoby istniały - jak później mówiono — powiązania mię­dzy bandą Wyciskaczy a Piratami Spod Znaku Szarotki z Kolonii nad Renem, jakoby mieli na nas wpływ, a nawet kierowali naszymi akcjami polscy partyzanci z Borów Tucholskich, ja, który podwój­nie, jako Oskar i jako Jezus, przewodziłem bandzie, muszę zaprze­czyć i włożyć to między bajki.
Na procesie pomawiano nas także o kontakty z zamachowcami i spiskowcami z dwudziestego lipca, ponieważ ojciec Putta, August von Puttkamer, był bliskim przyjacielem marszałka Rommla i popeł­nił samobójstwo. Putto, który przez całą wojnę widział ojca może cztery albo pięć razy, przelotnie i z coraz to innymi dystynkcjami, dopiero na naszym procesie dowiedział się o tej w gruncie rzeczy obojętnej nam oficerskiej historii i płakał tak żałośnie i bezwstydnie, że Psuj, jego sąsiad, na oczach sędziów musiał zrobić mu wyciska­nie.
Tylko raz w ciągu naszej działalności nawiązali z nami kontakt dorośli. Robotnicy stoczniowi - jak się od razu domyśliłem, o za­barwieniu komunistycznym - próbowali przez naszych terminato­rów zdobyć wpływy i wciągnąć nas do czerwonego podziemia. Ter­minatorzy byli nawet nie od tego. Gimnazjaliści natomiast odrzucali wszelkie tendencje polityczne. Mister ze służby pomocniczej lot­nictwa, cynik i teoretyk bandy Wyciskaczy, na jednym z zebrań bandy sformułował swój pogląd w tej sprawie: - Nie mamy nic wspólne­go z żadnymi partiami, walczymy przeciwko naszym rodzicom i wszystkim innym dorosłym; obojętne, za czym są albo przeciw czemu.
Choć Mister wyraził się z grubą przesadą, zgodzili się z nim wszy­scy gimnazjaliści; doszło do rozbicia bandy. Terminatorzy od Schi­chaua - czego bardzo żałowałem, bo chłopcy byli naprawdę dzielni - założyli własny związek, nadal jednak, wbrew sprzeciwom Störtebekera i Moorkähnego, uważali się za bandę Wyciskaczy. Na proce­sie - bo ich szajka wpadła równocześnie z naszą - oskarżano ich o podpalenie na terenie stoczni bazy okrętów podwodnych. Ponad stu mechaników okrętowych i podchorążych marynarki, którzy znaj­dowali się na przeszkoleniu, zginęło wtedy w okropny sposób. Pożar wybuchł na pokładzie i uniemożliwił śpiącym pod pokładem mary­narzom opuszczenie pomieszczeń dla załogi, a gdy zaledwie osiem­nastoletni podchorążowie chcieli skakać przez iluminatory do wody, która obiecywała ratunek, uwieźli w nich biodrami, od tyłu ogarnął ich szybko rozprzestrzeniający się ogień i trzeba ich było powystrze­lać z motorowych barkasów, bo za głośno i za długo krzyczeli.
Myśmy nie podłożyli ognia. Może zrobili to terminatorzy ze stocz­ni Schichaua, a może też ludzie z grupy Westerland. Wyciskacze nie byli podpalaczami, chociaż ja, ich duchowy opiekun, mógłbym odzie­dziczyć po dziadku piromańskie skłonności.
Dobrze pamiętam montera, który został przeniesiony z Zakładów Niemieckich w Kilonii do stoczni Schichaua i odwiedził nas na krót­ko przed rozbiciem bandy Wyciskaczy. Erich i Horst Pietzgerowie, synowie sztauera, przyprowadzili go do naszej piwnicy w willi Puttkamerów. Monter uważnie obejrzał nasz magazyn, zauważył brak użytecznej broni, zdobył się na powściągliwą pochwałę, a gdy zapy­tał o szefa bandy i Störtebeker natychmiast, Moorkähne z ociąganiem wskazali na mnie, wybuchnął nie milknącym i tak aroganckim śmiechem, że niewiele brakowało, a na życzenie Oskara Wyciskacze daliby mu za swoje.
- Co to za karzeł? - powiedział do Moorkähnego i przez ramię wskazał palcem na mnie.
Zanim Moorkähne, który uśmiechał się z pewnym zakłopotaniem, zdążył odpowiedzieć, Störtebeker oświadczył zatrważająco spokoj­nie: - To jest nasz Jezus.
Monter, który nazywał się Walter, nie mógł strawić tego słówka i pozwolił sobie w naszej siedzibie na wybuch gniewu: - Powiedz­cie, czy u was politycznie wszystko gra, czy też jesteście ministranci i szykujecie jasełka na Boże Narodzenie?
Störtebeker otworzył drzwi piwnicy, dał znak Psuj owi, wystrzelił z rękawa ostrzem spadochroniarskiego noża i powiedział raczej do bandy niż do montera: - Jesteśmy ministranci i szykujemy jasełka na Boże Narodzenie.
Panu monterowi nie stało się jednak nic złego. Zawiązano mu oczy i wyprowadzono z willi. Wkrótce potem zostaliśmy sami, bo terminatorzy ze stoczni Schichaua odbili się od nas, założyli pod kie­runkiem montera własny związek i jestem pewien, że to oni podpalili bazę okrętów podwodnych.
Dużo wtedy mówiono o cudownych broniach i ostatecznym zwy­cięstwie. My, Wyciskacze, nie mówiliśmy ani o jednym, ani o dru­gim, mieliśmy jednak cudowną broń.
Gdy Oskar objął kierownictwo bandy liczącej trzydziestu do czter­dziestu członków, kazałem najpierw Störtebekerowi przedstawić so­bie szefa grupy Nowy Port. Moorkähne, kulejący siedemnastolatek, syn wyższego urzędnika kapitanatu portu, z racji swojego kalectwa - prawą nogę miał o dwa centymetry krótszą od lewej - nie został po­wołany ani do służby pomocniczej lotnictwa, ani do wojska. Chociaż Moorkähne świadomie i ostentacyjnie obnosił swoje kalectwo, był nieśmiały i mówił cicho. Młody człowiek uśmiechający się zawsze z pewnym zakłopotaniem uchodził za najlepszego ucznia ostatniej klasy Conradinum i miał - pod warunkiem, że armia rosyjska nie wniesie sprzeciwu - wszelkie szansę, by zdać maturę z odznacze­niem; Moorkähne chciał studiować filozofię.
Podobnie jak Störtebeker, tak i kulas bez zastrzeżeń uznał we mnie Jezusa, który prowadził Wyciskaczy. Na samym początku Oskar pole­cił obydwu pokazać sobie magazyn i kasę, bo obie grupy gromadziły plony swoich łupieskich wypraw w tej samej piwnicy. Znajdowała się ona, sucha i obszerna, w zacisznej, wytwornej wrzeszczańskiej willi w Jaśkowej Dolinie. Rodzice Putta, którzy nazywali się von Puttkamer, zamieszkiwali obrośniętą rozmaitymi pnączami posia­dłość, oddzieloną od ulicy łagodnie wznoszącą się łąką - to znaczy, pan von Puttkamer, pomorsko-polsko-pruskiego pochodzenia, prze­bywał w pięknej Francji, dowodził dywizją, był kawalerem Krzyża Rycerskiego; pani Elisabeth von Puttkamer była chorowita, już od miesięcy bawiła w Górnej Bawarii; tam miała wrócić do zdrowia. Wolfgang von Puttkamer, na którego Wyciskacze wołali Putto, za­władnął willą; bo owej starej, przygłuchej służącej, która w położo­nych wyżej pomieszczeniach troszczyła się o młodego pana, nie wi­dzieliśmy nigdy, gdyż do piwnicy wchodziliśmy przez pralnię.
W magazynie piętrzyły się puszki konserw, wyroby tytoniowe i liczne bele spadochronowego jedwabiu. Na jednej z półek wisiały dwa tuziny zegarów służbowych Wehrmachtu, które Putto na rozkaz Störtebekera musiał stale nakręcać i regulować. Musiał też czyścić dwa pistolety maszynowe, karabin automatyczny i zwykłe spluwy. Pokazano mi pancerzownicę, amunicję do kaemu i dwadzieścia pięć ręcznych granatów. Wszystko to wraz z pokaźną liczbą kanistrów benzyny przeznaczone było na zdobycie szturmem urzędu gospo­darczego. Toteż pierwszy rozkaz Oskara, który wydałem jako Jezus, brzmiał: - Broń i benzynę zakopać w ogrodzie. Iglice oddać Jezuso­wi. Nasza broń jest innego rodzaju!
Gdy pokazali mi skrzynkę po cygarach pełną zrabowanych orde­rów i medali, pozwoliłem im z uśmiechem zatrzymać odznaczenia. Powinienem był jednak odebrać chłopakom spadochroniarskie noże. Użyli później tego żelaza, które przecież samo lgnęło do ręki i aż prosiło się, by go użyć.
Potem przynieśli mi kasę. Oskar kazał przeliczyć, sam też przeli­czył dla sprawdzenia i polecił zanotować stan kasy: dwa tysiące czte­rysta dwadzieścia marek. Było to w początkach września dziewięć­set czterdziestego czwartego. A gdy w połowie stycznia dziewięćset czterdziestego piątego Koniew i Żuków przerwali front na Wiśle, poczuliśmy się zmuszeni poświęcić naszą kasę w piwnicznym maga­zynie. Putto złożył zeznanie, a na stole sądu okręgowego znalazło się w banknotach i w bilonie trzydzieści sześć tysięcy marek.
Zgodnie z moją naturą w czasie akcji Oskar trzymał się w cieniu. Za dnia najczęściej sam, a jeśli w towarzystwie, to tylko ze Störtebekerem, wyszukiwałem korzystny cel dla nocnego przedsięwzięcia, pozostawiałem potem organizację Störtebekerowi albo Moorkähne­mu i nie ruszając się z mieszkania matki Truczinskiej, z okna sypial­ni, o późnej godzinie, rozśpiewywałem - teraz wymieniam tę naszą cudowną broń - dalekosiężniej niż kiedykolwiek przedtem, partero­we okna wielu biur partyjnych, wychodzące na podwórze okna dru­karni, w której drukowano kartki żywnościowe, a raz, wbrew sobie ulegając prośbom, kuchenne okna prywatnego mieszkania pewnego profesora, na którym chłopaki chciały się zemścić.
Było to już w listopadzie. V1 i V2 latały na Anglię, a ja śpiewając przez cały Wrzeszcz, podążając zadrzewioną Aleją Hindenburga, przeskakując Dworzec Główny, Stare i Główne Miasto, odnalazłem ulicę Rzeźnicką i muzeum, kazałem chłopakom włamać się i odszu­kać Niobe, drewnianą rzeźbę dziobową.
Nie znaleźli jej. W pokoju obok siedziała nieruchomo na krześle matka Truczinska i potrząsała głową, miała ze mną coś niecoś wspól­nego; bo gdy Oskar śpiewał dalekosiężnie, ona dalekosiężnie myśla­ła, szukała na niebie swojego syna Herberta, na środkowym odcinku frontu swojego syna Fritza. Także swojej najstarszej córki Gusty, która w początku dziewięćset czterdziestego czwartego wyszła za mąż i wyjechała do Nadrenii, musiała szukać w dalekim Düsseldorfie, gdyż tam miał mieszkanie starszy kelner Köster, przebywał jednak w Kurlandii; Guście wolno było zatrzymać go i poznawać zaledwie przez czternaście dni urlopu.
Były to spokojne wieczory. Oskar siedział u stóp matki Truczinskiej, improwizował trochę na swoim bębenku, brał sobie z piecyka pieczone jabłko, z pomarszczonym owocem starych kobiet i małych dzieci znikał w ciemnej sypialni, podnosił papier zaciemnienia, uchylał okna, wpuszczał do środka trochę mrozu i nocy i wysyłał swój wy­mierzony, dalekosiężny śpiew, nie opiewał jednak żadnej z drżących gwiazd, nie miał czego szukać na Mlecznej Drodze, brał na cel Plac Zimowy, tam jednak chodziło mu nie o gmach radia, tylko o budynek naprzeciwko, w którym ciągnął się długi szereg drzwi prowadzących do lokali biurowych okręgowego kierownictwa Hitlerjugend.
Moja praca przy dobrej pogodzie nie trwała nawet minuty. Przez ten czas pieczone jabłko stygło nieco przy otwartym oknie. Żując wracałem do matki Truczinskiej i bębenka, kładłem się niebawem do łóżka i mogłem być pewien, że gdy Oskar spał, Wyciskacze w imię Jezusa rabowali kasy partyjne, kartki żywnościowe i, co było waż­niejsze, urzędowe pieczątki, drukowane formularze albo listę człon­ków służby patrolowej Hitlerjugend.
Pobłażliwie pozwalałem Störtebekerowi i Moorkähnemu wypra­wiać różne głupstwa ze sfałszowanymi legitymacjami. Największym wrogiem bandy była służba patrolowa. Zostawiłem im więc wolną rękę, mogli łapać swoich przeciwników, urządzać im wyciskanie, a nawet - jak to nazywał i robił Psuj - polerowanie jaj.
Potem znów był już na niebie tylko księżyc i gwiezdna drobnica. Nocne myśliwce wylądowały. Z bardzo daleka odezwała się straż pożarna. Wtedy Störtebeker odwrócił się, pokazał mi swoje zawsze pogardliwie wydęte usta, zrobił ów ruch, jakby chciał uderzyć sier­powym, po którym spod przydługiego rękawa nieprzemakalnego płaszcza wyjrzał zegarek, zdjął zegarek, wręczył mi bez słowa, ale ciężko dysząc, chciał coś powiedzieć, musiał jednak przeczekać za­jęte odwoływaniem alarmu syreny, zanim przy aplauzie swoich ludzi mógł mi oświadczyć: dobrze, Jezusie. Jak chcesz, to cię przyjmiemy i będziesz jednym z nas. Jesteśmy Wyciskacze, jeśli to ci coś mówi.
Oskar zważył zegarek w dłoni, podarował dość wyszukaną rzecz ze świecącymi wskazówkami i godziną zero dwadzieścia trzy temu szczeniakowi Psujowi. Ten spojrzał pytająco na swojego szefa. Störtebeker przyzwolił skinieniem głowy. A Oskar, szykując bębenek na drogę do domu, powiedział: - Jezus was poprowadzi. Pójdźcie ze mną!
Nieprawda, nic nie wiedzieli. Co najwyżej zaobserwowali ten czy ów sukces mojego głosu. Oskar nakazał sobie pobłażliwość dla tych wyrostków, których w dzisiejszych czasach nazwano by krótko i wezłowato chuliganami. Starałem się usprawiedliwić ich bezpośred­nie i po części niezręczne dążenie do celu, zdobyłem się na łagodny obiektywizm. A więc to byli osławieni Wyciskacze, o których od kilku tygodni mówiło całe miasto; banda młodzieżowa, za którą uga­niała się policja kryminalna i liczne jednostki służby patrolowej Hi­tlerjugend. Jak wyszło później na jaw: gimnazjaliści z Conradinum, ze szkół Świętego Piotra i Horsta Wessela. Była też druga grupa ban­dy Wyciskaczy w Nowym Porcie, która, choć kierowana przez gim­nazjalistów, w dwóch trzecich składała się z terminatorów ze stoczni Schichaua i fabryki wagonów. Obie grupy rzadko podejmowały wspólne akcje, właściwie tylko wtedy, gdy wyruszając z ulicy Schi­chaua przeczesywały park Steffensa i nocną Aleję Hindenburga urzą­dzając łapanki na aktywistki Związku Dziewcząt Niemieckich, które po wieczornym szkoleniu wracały ze schroniska młodzieżowego na Biskupiej Górce. Unikano zatargów między grupami, rozgraniczono dokładnie tereny działania i Störtebeker widział w przywódcy z No­wego Portu raczej przyjaciela niż rywala. Wyciskacze walczyli przeciwko wszystkim. Plądrowali biura Hitlerjugend, polowali na odzna­czenia i dystynkcje urlopowiczów z frontu, którzy zabawiali się w parkach ze swoimi dziewczynami, kradli broń, amunicję i benzynę przy pomocy swoich chłopaków z baterii przeciwlotniczych i od sa­mego początku planowali wielki napad na urząd gospodarczy.
Nic jeszcze nie wiedząc o organizacji i planach Wyciskaczy, Oskar, któremu wtedy dokuczała bardzo samotność i opuszczenie, w gronie wyrostków poczuł się swojsko i bezpiecznie. W duchu sprzymierzy­łem się już z tymi chłopakami, nie przejmowałem się zbyt dużą róż­nicą wieku - ja zbliżałem się do dwudziestki - i mówiłem sobie: czemu nie miałbyś im zademonstrować próbki swojego kunsztu? Chłopcy są zawsze żądni wiedzy. Ty też miałeś kiedyś piętnaście i szesnaście lat. Daj im przykład, pokaż im coś. Będą cię podziwiali, może od tej chwili będą cię słuchali. Z niejednego pieca jadłeś chleb i możesz to wykorzystać, pójdź już teraz za swoim powołaniem, zbierz uczniów i rozpocznij naśladowanie Chrystusa.
Störtebeker wyczuł chyba, że moje zamyślenie jest w pełni uza­sadnione. Nie przynaglał mnie i byłem mu za to wdzięczny. Koniec sierpnia. Księżycowa noc, niebo lekko zachmurzone. Alarm lotni­czy. Dwa, trzy reflektory na wybrzeżu. Prawdopodobnie samolot roz­poznawczy. W tych dniach został ewakuowany Paryż. Naprzeciwko mnie wielookienny gmach fabryki czekolady Baltic. Po długim mar­szu grupa armii „Środek” zatrzymała się na Wiśle. Zapewne Baltic nie pracował już dla handlu detalicznego, tylko produkował czekola­dę dla lotnictwa. Oskar musiał więc też oswoić się z wyobrażeniem, że żołnierze generała Pattona przechadzali się teraz w swoich amery­kańskich mundurach pod wieżą Eiffla. Było to dla mnie bolesne - i Oskar uniósł pałeczkę. Tyle godzin spędzonych z Roswitą. Störte­beker dostrzegł mój gest i za pałeczką skierował wzrok ku fabryce czekolady. Podczas gdy na Pacyfiku w biały dzień oczyszczano ja­kąś wysepkę z Japończyków, tutaj światło księżyca kładło się we wszystkich oknach fabryki naraz. I Oskar powiedział do wszystkich, którzy chcieli tego słuchać: - Jezus rozśpiewa teraz szkło.
Jeszcze zanim załatwiłem pierwsze trzy szyby, wysoko nad gło­wą pochwyciłem brzęczenie muchy. Podczas gdy dwie dalsze szyby pozbywały się księżycowego światła, pomyślałem: to umierająca mucha brzęczy tak głośno. Potem zamalowałem swoim głosem na czarno pozostałe wnęki okienne najwyższego piętra fabryki i prze­konałem się o anemii licznych reflektorów, zanim z wielu okien fa­brycznych środkowego i najniższego piętra usunąłem odblask świa­teł, które pochodziły chyba z baterii koło obozu „Narvik”. Najpierw odezwały się baterie nadbrzeżne, potem ja wykończyłem środkowe piętro. Po chwili zezwolenie na prowadzenie ognia otrzymały bate­rie ze Starych Szkotów, Polanek i Młynisk. Poszły trzy okna na par­terze - i płasko nad fabryką poszły trzy nocne myśliwce, które wy­startowały z lotniska. Nie uporałem się jeszcze z parterem, gdy zamilkła artyleria przeciwlotnicza pozostawiając nocnym myśliwcom zestrzelenie czteromotorowego bombowca dalekiego zasięgu, który nad Oliwą został uczczony jednocześnie przez trzy reflektory.
Z początku Oskar żywił jeszcze obawy, że równoczesność jego popisów z efektownymi wysiłkami artylerii przeciwlotniczej mogła­by rozproszyć, a może nawet odciągnąć uwagę chłopaków od fabry­ki i skierować ku nocnemu niebu.
Tym bardziej byłem zdumiony, gdy po zakończeniu dzieła cała banda w dalszym ciągu wpatrywała się w ogołoconą z szyb fabrykę czekolady. Nawet gdy z niedalekiej Dobromierskiej doleciały okrzy­ki radości i brawa jak w teatrze, bo bombowiec dostał, bo płonąc, dając ludziom uciechę, nie tyle wylądował, co spadł na Jaśkowy Las, jedynie paru członków bandy, wśród nich Putto, oderwało się od powybijanych okien fabryki. Lecz ani Störtebeker, ani Psuj, o któ­rych mi właśnie chodziło, nie zwrócili najmniejszej uwagi na zestrze­lony samolot.
Oskar błądził jeszcze oczyma wokół księżyca, myślami wokół bocznego ołtarza w lewej nawie, nie wstał, a Psuj, na znak Störtebekera wykopnął mi bębenek spod siedzenia.
Gdy wstałem, wziąłem blachę i żeby ją lepiej zabezpieczyć przed dalszymi uszkodzeniami, schowałem pod bluzę.
Ładny chłopak ten Störtebeker, pomyślał Oskar. Oczy osadzone trochę za głęboko i za blisko siebie, ale usta inteligentne i żywe.
- Skąd idziesz?
Oho, zacznie się wypytywanie, powiedziałem sobie, a ponieważ nie spodobało mi się to przywitanie, ponownie uchwyciłem się tar­czy księżyca, wyobraziłem sobie księżyc - on przecież wszystko zniesie - jako bębenek i uśmiechnąłem się ze swojej nie zobowiązu­jącej manii wielkości.
- Drań zęby szczerzy, Störtebeker.
Psuj przypatrzył mi się, zaproponował swojemu szefowi czyn­ność, którą nazwał „wyciskaniem”. Pozostali w tyle, pryszczaty Lwie Serce, Mister, Cykoria i Putto, też byli za wyciskaniem.
Błądząc w dalszym ciągu wokół księżyca, przeliterowałem wycis­kanie. Jakie to ładne słówko, ale z pewnością nic przyjemnego.
- O wyciskaniu ja tu decyduję! - przerwał Störtebeker mamrota­nie swojej bandy, potem znów zwrócił się do mnie: - Widzieliśmy cię nieraz na Dworcowej. Coś tam robił? Skąd idziesz?
Dwa pytania równocześnie. Przynajmniej na jedno musiał Oskar jednak odpowiedzieć, jeśli chciał pozostać panem sytuacji. Toteż oderwałem wzrok od księżyca, spojrzałem na Störtebekera niebie­skimi, wymownymi oczami i powiedziałem spokojnie: - Idę z ko­ścioła.
Trochę mamrotania za plecami Störtebekera w nieprzemakalnym płaszczu. Uzupełniali moją odpowiedź. Psuj wyjaśnił, że miałem na myśli kościół Serca Jezusowego.
- Jak się nazywasz?
To pytanie musiało paść. Tkwiło w samej naturze spotkania. Stawianie tego pytania zajmuje istotne miejsce w ludzkiej konwersacji. Z odpowiadania na to pytanie żyją dłuższe i krótsze sztuki teatralne, I także opery - patrz Lohengrin.
Zaczekałem na światło księżyca między dwiema chmurami, chciałem, żeby ów blask w moich niebieskich oczach podziałał na Störte­bekera choćby przez tyle czasu, ile zajęłoby przełknięcie trzech ły­żek zupy, i powiedziałem potem, nazwałem się, byłem zazdrosny o działanie tego słowa - bo imię Oskar skwitowaliby co najwyżej śmiechem — i Oskar powiedział: - Nazywam się Jezus.
Po tym przyznaniu się zapadła dłuższa cisza, aż Psuj wyseplenił:
- Trzeba mu jednak zrobić wyciskanie, szefie.
Nie tylko Psuj był za wyciskaniem. Störtebeker pstrykając palcami zezwolił na tę operację, a Psuj złapał mnie, wcisnął mi swoje kłyk­cie w prawe ramię, poruszał nimi sucho, szybko, gorąco i boleśnie, póki Störtebeker ponownie, tym razem nakazując przerwać, nie pstryknął palcami - a więc to było wyciskanie!
- No, więc jak się nazywasz? - Szef w welurowym kapeluszu udawał znudzenie, zrobił prawą ręką taki ruch, jakby chciał uderzyć (sierpowym - przy czym zsunął mu się przydługi rękaw nieprzema­kalnego płaszcza - ukazał w świetle księżyca swój zegarek i szepnął nie patrząc na mnie:
- Minuta do namysłu. Potem Störtebeker powie: fajerant.
Bądź co bądź przez minutę Oskar mógł bezkarnie przyglądać się księżycowi, szukać wybiegów w jego kraterach i podawać w wątpli­wość podjętą kiedyś decyzję naśladowania Chrystusa. Ponieważ nie I podobało mi się słówko „fajerant”, a ponadto w żadnym wypadku I nie chciałem dopuścić, żeby chłopaki dyrygowali mną z zegarkiem w ręku, po mniej więcej trzydziestu pięciu sekundach Oskar powie­dział: - Jestem Jezus.
Nastąpiła teraz rzecz efektowna, choć bynajmniej nie zainscenizowana przeze mnie. Tuż po moim powtórnym przyznaniu się do naśladowania Chrystusa, zanim Störtebeker zdążył pstryknąć palca­mi, a Psuj wziąć się za wyciskanie - ogłoszono alarm lotniczy.
Oskar powiedział: „Jezus”, zaczerpnął tchu, a na potwierdzenie moich słów zawyły jedna po drugiej syreny pobliskiego lotniska, syrena na głównym budynku koszar piechoty w Strzyży Górnej, syrena z dachu stojącej pod wrzeszczańskim lasem szkoły Horsta Wessela, syrena na domu towarowym Sternfelda i z bardzo daleka, od strony Alei Hindenburga, syrena Wyższej Szkoły Technicznej. Trze­ba było czasu, żeby wszystkie syreny przedmieścia wyjąc długo i natarczywie podchwyciły niczym archaniołowie obwieszczoną prze­ze mnie dobrą nowinę, żeby sprawiły, iż noc wezbrała i opadła, iż zamigotały i zerwały się sny, żeby wpełzły w ucho śpiochów i na­piętnowały księżyc, który świecił niewzruszenie, jako ciało niebie­skie uchylające się od zaciemnienia.
Podczas gdy Oskar powitał alarm lotniczy jak sojusznika, Störtebekera syreny wytrąciły z równowagi. Dla części jego bandy alarm był bezpośrednim i służbowym wezwaniem. Toteż musiał czterech chłopaków ze służby pomocniczej odesłać przez płot do ich baterii, na pozycje osiemdziesiątek ósemek między zajezdnią tramwajową a lotniskiem. Trzej jego ludzie, wśród nich Belizariusz, mieli dyżur przeciwlotniczy w Conradinum, więc też musieli natychmiast odejść. Resztę, może piętnastu chłopaków, zatrzymał przy sobie, a ponieważ na niebie nic się nie działo, podjął na nowo przesłuchanie: - A za­tem, jeśli dobrześmy zrozumieli, jesteś Jezus. Mniejsza z tym. Inne pytanie: Jak ty to robisz z latarniami i szybami? Tylko bez wykrętów, wiemy wszystko!
Chciałem już odłożyć wizytę w fabryce czekolady, zejść chłopa­kom z oczu i nadkładając drogi przez most kolejowy, wzdłuż lotniska, przez ogródki działkowe, przemknąć się do browaru przy Kuźniczkach, gdy i z mostu Oskar usłyszał ich zestrojone, porozumiewaw­cze gwizdy. Nie było już wątpliwości: koncentracja dotyczyła mnie.
W takich sytuacjach, w tak krótkim czasie, gdy rozpoznało się prześladowców, ale nagonka jeszcze się nie rozpoczęła, człowiek szeroko i smakowicie wylicza ostatnie możliwości ratunku: Oskar mógłby głośnym krzykiem wołać mamusię i tatusia. W ten sposób ściągnąłbym jeśli nie wszystkich, to przynajmniej jakiegoś policjan­ta. Przy mojej posturze dorośli na pewno wzięliby mnie w obronę, ja jednak - z konsekwencją, na jaką Oskar umiał niekiedy się zdobyć - odrzuciłem pomoc wyrośniętych przechodniów, interwencję policjan­ta, dręczony ciekawością i pewnością siebie, chciałem zaryzykować, zrobiłem rzecz najgłupszą: szukałem dziury w wysmarowanym smołą płocie okalającym teren fabryki, nie znalazłem, widziałem, jak wy­rostki wychodzą z budki na przystanku, z cienia drzew szosy sopockiej, Oskar podążał dalej wzdłuż płotu, teraz i oni zeszli z mostu, a w płocie z desek w dalszym ciągu nie było dziury, nie szli szybko, raczej spacerkiem, pojedynczo, Oskar mógł jeszcze chwilę szukać, dali mi akurat tyle czasu, ile potrzeba, żeby znaleźć dziurę w płocie, ale gdy w końcu w jednym miejscu brakowało deski i ja. rozdziera­jąc gdzieś ubranie, przecisnąłem się przez szczelinę, po drugiej stro­nie płotu stanęło naprzeciw mnie czterech chłopaków w wiatrów­kach, z łapami w kieszeniach narciarskich spodni.
Ponieważ natychmiast zrozumiałem bezwyjściowość mojej sytu­acji, poszukałem najpierw owego miejsca, które rozdarłem sobie prze­ciskając się przez dziurę w płocie. Znajdowało się w spodniach, z prawej strony. Dwoma rozstawionymi palcami zmierzyłem rozdar­cie, przekonałem się, że jest irytująco duże, ale udałem obojętność i wreszcie spojrzałem w górę czekając, aż wszystkie chłopaki z przy­stanku, z szosy i z mostu przelazły przez płot; bo dziura była dla nich za mała.
Wydarzyło się to w ostatnich dniach sierpnia. Księżyc co pewien czas chował się za chmurą. Naliczyłem około dwudziestu chłopa­ków. Najmłodsi po czternaście, najstarsi po szesnaście, prawie sie­demnaście lat. W dziewięćset czterdziestym czwartym mieliśmy cie­płe, suche lato. Czterech spośród większych łobuziaków nosiło mundury służby pomocniczej lotnictwa. Pamiętam, że w dziewięćset czterdziestym czwartym mieliśmy urodzaj na wiśnie. Stali grupkami wokół Oskara, rozmawiali półgłosem, posługiwali się żargonem, któ­rego nie starałem się wcale zrozumieć. Nosili też dziwaczne prze­zwiska, których tylko mniejszą część zapamiętałem. I tak może pięt­nastoletni pętak o lekko przesłoniętych sarnich oczach nazywał się Cykoria, a czasem Galareta. Na jego sąsiada wołali Putto. Najmniej­szego, ale na pewno nie najmłodszego łobuziaka, który seplenił i miał wysuniętą górną wargę, nazywali Psujem. Na jednego ze służby po­mocniczej mówili Mister, na innego bardzo trafnie Wymoczek, były też imiona historyczne: Lwie Serce, jakiś gołowąs nazywał się Sinobrody, słyszałem dobrze mi znane imiona jak Totila i Tej a, a nawet, co już było zuchwalstwem, Belizariusz i Narses; Störtebekerowi, który chodził w prawdziwym, mocno sfatygowanym welurowym kapeluszu i przydługim nieprzemakalnym płaszczu, przyjrzałem się uważnie: mimo swoich szesnastu latek był przywódcą całej kom­panii.
Nie zwracali na Oskara uwagi, chcieli pewnie, żeby skruszał, więc na pół rozbawiony, na pół rozeźlony na siebie, że dałem się wciągnąć w tę oczywistą szczeniacką romantykę, usiadłem, bo nogi mnie boląły, na bębenku, patrzyłem na księżyc niemal już w pełni i próbowa­łem wysłać część swoich myśli do kościoła Serca Jezusowego.
Może by dzisiaj zabębnił, może by powiedział słówko. A ja sie­działem na podwórzu fabryki czekolady Baltic, zabawiałem się z chłopakami w rycerzy i zbójców. Może czekał na mnie, może miał zamiar po krótkim intermezzo na bębenku ponownie otworzyć usta, żeby wytłumaczyć mi naśladowanie Chrystusa, był teraz rozczaro­wany, że nie przyszedłem, na pewno butnie uniósł brwi. Co Jezus pomyślałby o tych chłopakach? Co Oskar, jego sobowtór, sukcesor i namiestnik, miał począć z tą zgrają? Czy słowami Jezusa: „Pozwól­cie dziatkom przyjść do mnie!” mógł się zwrócić do wyrostków, któ­rzy nazywali się Putto, Cykoria, Sinobrody, Psuj i Störtebeker? Störtebeker zbliżył się. Przy nim Psuj, jego prawa ręka. Störtebeker: - Wstawaj!